fot. Robert Ceranowicz
Po siedmiu latach z nowym longplayem wraca duet Jetlagz. Uznaliśmy więc, że to idealny moment na rozmowę z Łajzolem, który zabrał nas za kulisy powstawania płyty „Ostatni gasi światło”, opowiedział, czym karmił swój mózg podczas prac, a przy okazji dorzucił garść anegdot z szalonych podróży – od Detroit po Barcelonę.
Pozostając jeszcze w temacie wideoklipów. Pamiętasz, jak powstawał ten do numeru „Tłoki”?
Tyczy się to prawie wszystkich naszych tripów, bo wjeżdżamy na wariata w niebezpieczne miejsca w różnych krajach. Trochę nieświadomka, trochę nasza naiwność. Tak też było w Detroit. Jeździliśmy po dzielnicy, która była przykładem upadku tego miasta – same pustostany, szemrane typy i tego typu klimat. Jechaliśmy vanem, a za nami druga fura, z której Bartek nas nagrywał. Zatrzymywaliśmy się przy tych wszystkich opuszczonych domach i wchodziliśmy do środka, gdzie kręciliśmy ujęcia. To był niesamowity obraz, bo wyglądały tak, jakby ktoś w pewnym momencie po prostu z nich wyszedł i już nigdy nie wrócił. W szafach wisiały ubrania, w kuchni były naczynia. Wiadomo, że było też pełno syfu i jakichś narkomańskich akcesoriów. Można było normalnie chodzić po tych domach, a przynajmniej tak nam się wydawało – do momentu, kiedy podjechał do nas jakiś gość i powiedział, że musimy stąd wypierdalać, bo nie możemy tak jeździć i wchodzić, gdzie chcemy. Dodał, że zaraz ktoś może podjechać, zabrać nam kamerę i nas zastrzelić. Potraktowaliśmy te słowa poważnie i pojechaliśmy w bezpieczniejsze miejsca. Trochę się wystraszyliśmy, bo później pomyśleliśmy sobie, że rzeczywiście mógł ktoś podjechać i otworzyć do nas ogień z jakiegoś Uzi. Takie sytuacje były tam nagminne, a to było kilka lat po totalnym upadku miasta, więc ludzi, którym było wszystko jedno, nie brakowało. Detroit zrobiło na mnie duże wrażenie – miasto postapokaliptyczne: opuszczone ogromne hale, dużo urbexu. Nigdy wcześniej nie widziałem tylu opuszczonych obiektów. Zajebista sceneria do klipów i filmów. Hardcore.
Cały wywiad znajdziecie pod tym linkiem.