fot. Katz Kosinski
Album „Monochromy 2” W.E.N.Y. stał się przyczynkiem do rozmowy o osiedlowym wychowaniu, traumatycznych doświadczeniach z dzieciństwa i… paranoicznych rozkminach o dźwiękach, hałasach i światłach.
W kawałku „Grudziądz” opowiadasz o traumach, z którymi zmagałeś się podczas wyjazdów do babci. Pojawia się tam między innymi wers o tym, że boisz się igieł. To nawiązanie do plagi heroiny, która kiedyś przetoczyła się przez nasz kraj?
Pamiętam to bardzo dobrze, nie tylko z Warszawy, ale też z Grudziądza, gdzie moja babcia mieszkała w czteropiętrowym budynku. Kiedy byłem dzieciakiem i schodziłem do piwnicy po słoiki, na korytarzu leżały igły, którymi można było się zranić. Do tego powszechne – przynajmniej tam – było wąchanie kleju. Widziałem zdecydowanie za dużo takich rzeczy w zbyt młodym wieku. Narkomanami byli wtedy moi rówieśnicy, z którymi spędzałem czas na podwórku. Sam miałem wtedy około 12 lat i było to dla mnie wstrząsające przeżycie. Miałem świadomość, że to coś złego. Na moim osiedlu w Warszawie miałem dwóch ziomków, z których jeden był heroinistą. Widziałem, co nałóg z nim robi. Nieraz widziałem też typa, który na klatce schodowej grzał łyżkę, kiedy ja szedłem do szkoły. Moje podejście do narkotyków wyklarowało się wcześnie. Nigdy nie zażywałem niczego poza marihuaną, bo po prostu się bałem. Wiele z tych sytuacji, które widziałem jako dziecko, naprawdę mnie przeraziło i ukształtowało.
Opowiadasz też o koledze, który niefortunnie skoczył do wody.
Skoczył na główkę do wody, a że to była stara cegielnia, pod taflą znajdowało się sporo betonu. Uderzył głową o kamień i się zabił. Więc wiesz, jednego dnia bawiłem się z ziomkiem, a dwa tygodnie później pytam babcię: „Gdzie jest Tomek?”. A ona mi mówi, że Tomka już nie ma, nie żyje.
Cały materiał sprawdzicie pod tym linkiem.