Daor (RCL’S): Mówili coś o 15 latach więzienia (WYWIAD)

Włamywał się do systemów metra na całym świecie, by malować tam swoje imię. Część z tych akcji można zobaczyć w filmach „Show Must Go On”. Teraz opowiada nam o swoich pierwszych podróżach do Polski i panelach robionych w Hanoi.

Jak wspominasz swój pierwszy przyjazd do Katowic?

W Katowicach po raz pierwszy byłem bardzo dawno temu. To było w czasie, kiedy malowaliśmy już poza Słowacją. Jeździliśmy m.in. na Węgry czy do Czech. Wtedy tripy wyglądały zupełnie inaczej niż dziś. By przekroczyć jakąkolwiek granice, potrzebny był paszport. Kiedyś mój kumpel z Brna – El Nino zaproponował, byśmy pojechali do Katowic. Miał wtedy namiary na Phika i Oseta. Zadzwoniliśmy do nich z budki telefonicznej. Muszę dodać, że telefony zagranice były wtedy sporym wydatkiem. W Katowicach dobrze się bawiliśmy i zrobiliśmy wspólnie wiele dobrych akcji. Pamiętam, że wszystkie pociągi jeździły wtedy konkretnie pomalowane – bardziej niż na Słowacji, mimo że u nas też już były dobrze bombione. Zakumplowaliśmy się z chłopakami i od tej pory dość często nawzajem się odwiedzaliśmy.

Masz jakieś anegdotki z pierwszych przyjazdów do Polski?

Latem 2005 roku wybraliśmy się do Warszawy. W Katowicach mieliśmy dwie godziny, bo czekaliśmy na przesiadkę. Wspominaliśmy różne akcje na kolejkach i moi kumple wpadli na pomysł, byśmy zrobili jakieś panele. Odpowiedziałem im, byśmy to olali i poczekali, aż dojedziemy do Warszawy. Było nas trzech, więc zostałem przegłosowany… Schowaliśmy nasze rzeczy w schowku na dworcu i poszliśmy na yard. Farb mieliśmy tyle, że spokojnie mogliśmy robić whole cara. Niestety nie mieliśmy drabiny, więc mój ziomek Pant wziął na barana Rodfa, by zrobić kontur. Kiedy go skończyliśmy, zaczęliśmy go wypełniać. Nagle, tuż obok mnie, otworzyły się drzwi i stanęło w nich dwóch sokistów. Zaczęli nas gonić, więc się rozdzieliliśmy. Biegłem przez jakiś cmentarz i na szczęście udało mi się uciec. Mieliśmy się wszyscy spotkać na dworcu. Czekałem na nich kilka godzin. W międzyczasie wyhaczyłem dwie laski, które dorabiały sobie w samochodach jakichś przypadkowych kolesi. Zaczęliśmy gadać. Opowiedziałem im swoją historię, a one mi swoje. Okazało się, że są studentkami, które za hajs robiły kolesiem lody. Bardzo miłe dziewczyny. Oczywiście przegapiłem swój pociąg do Warszawy. Dziewczyny zaprosiły mnie do siebie. Przekimałem u nich, coś zjadłem, wziąłem prysznic i jeszcze poruchałem za dobrą cenę. Dostałem nawet rabat. (śmiech) Co do moich ziomków – okazało się, że policja zawinęła ich na 48 godzin.

Kilka ujęć z Katowic można zobaczyć w pierwszej części filmu: „Show Must Go On”.

Z tamtego okresu przede wszystkim zapamiętałem, że bardzo tanio podróżowaliśmy z fałszywymi biletami. Tęsknie za tymi czasami, bo bawiliśmy się świetnie. Pamiętam, że do kręcenia mieliśmy ogromne kamery z taśmami. Nie było ich tak łatwo ukryć…

Twój znajomy Ekin powiedział mi, że malowanie metra w Azji stawia się na równi z… morderstwem.

Pewnie mówił ci też o naszych przygodach w Japonii. (śmiech) A co do metra w Azji… Azja jest zupełnie inna, podobnie zresztą, jak i Ameryka. W Chinach np. musisz być super ostrożny i czujny, bo o ile prawdopodobnie na akcji nic się nie wydarzy, to później odpierdala im kiedy prowadzą dochodzenie. Mam kumpla, który odsiedział tam pół roku złapany podczas robienia panela. Razem z ziomkami zrobiliśmy pierwsze podejście w Hanoi i policja dosłownie oszalała! Mówili coś o 15 latach więzienia i szkodach na milion dolarów… Pomyślałem sobie – co kurwa?! Woleliśmy zawinąć się stamtąd tak szybko, jak było to tylko możliwe.

Jeśli już wywołałeś temat Japonii. Jak wspominasz pierwsze dni w więzieniu?

Byłem w szoku, że nas zatrzymali. Nie złapali nas na akcji, tylko przyszli po nas do hotelu. Pierwszego dnia byłem sam w specjalnej celi. Myślałem, że jeśli nic nie powiem, wypuszczą mnie w ciągu maksymalnie 72 godzin. Pomyliłem się…

Niestety w tym momencie urwał nam się kontakt z Daorem. Mam nadzieję, że jeszcze uda się dokończyć wywiad.