DJ VOLT: Nie dla sławy i nie dla pieniędzy (ROZMOWA)

Aż dziwne, że udało nam się z Voltem pogadać dopiero teraz – o momencie, kiedy skończył się jego „bitowy monopol”, kwotach jakie dostaje z ZAiKS-u, założeniu B.E.A.T. Records i… EPMD.

Co miał w sobie nowojorski duet EPMD, że uznałeś ich za jednych z najwspanialszych artystów w historii hip-hopu?

DJ 600V: EPMD i Kraftwerk to moje ulubione zespoły. Z muzyką EPMD zetknąłem się po raz pierwszy jeszcze w szkole podstawowej. „Strictly Business” to krążek, który wtedy często gościł na moich słuchawkach. Jeszcze nie wiedziałem, o co chodzi w tej muzyce, ale z miejsca do mnie trafiła. Nagrania PMD i Ericka Sermona mają w sobie ten elektryczny funk, niepowtarzalny styl, jakąś „magiczną przyprawę” i prostotę, która zwala z nóg. Trafia do mnie to brzmienie – bas, brudny groove, podejście do sekcji rytmicznych i funk, którym nasączone są ich kompozycje. Lubię taką, nazwijmy to, nieformalność hip-hopu z lat 80. i 90. OK, byli ludzie, którzy zarabiali wtedy na hip-hopie duże pieniądze, ale ten background do pewnego momentu cały czas był taki… garażowy, niezależny i nieskażony komercyjnymi ruchami. W najntisach bardzo ceniono kreatywność i posiadanie własnego, innego stylu. Jeśli ktoś nie miał własnej stylówki to do widzenia, nie mamy o czym gadać. Producenta dało się wręcz poznać po samych bębnach, a każdy MC miał własny styl i flow. Idea robienia „ktoś tam type bit” byłaby kompromitacją! Skoro jestem 600V, to robię „600V type bity” i tyle.

Z tego pewnie powodu nigdy nie chciałeś być kopią amerykańskich producentów.

Dla mnie naprawdę podstawową sprawą było to, by nie kopiować. Dlatego zależało mi na konkurowaniu z nimi swoim brzmieniem, a nie ślepym podążaniem w ich kierunku. Wiesz, wiele zależy od tego, w jakim stopniu pozwalasz inspiracji zawładnąć nad twoim myśleniem. Bity Diamonda D, DJ-a Premiera czy Pete Rocka były do siebie podobne i były robione na tym samym sprzęcie, ale jednocześnie różniły się na tyle, że łatwo było poznać, kto za tym stoi. Też chciałem robić podobne rzeczy z idei, ale po swojemu. Chciałem być zbliżony do amerykańskich producentów w pewnych parametrach brzmieniowych i rytmicznych, ale przedstawiałem słuchaczom moją wizję klasycznego hip-hopu. Po latach okazało się, że ta muzyka jest czytelna dla moich czarnych kumpli zza oceanu i łapią, że to hip-hop, a nie oberki.

Dalszy ciąg rozmowy znajdziesz wchodząc w ten link.

%d bloggers like this: