„Z ulicy na scenę. Moje życie i Wu-Tang Clan” – to tytuł autobiografii Raekwona, która 12 sierpnia trafi do polskich księgarni. Jeden z członków Wu-Tang Clanu opowiada o trudnym dzieciństwie w niebezpiecznych dzielnicach Nowego Jorku, początkach muzycznej pasji i powstaniu legendarnego składu. We wspomnieniach The Chefa nie mogło zabraknąć też opisu relacji między członkami zespołu czy kulisów powstawania albumów i kawałków, które zapisały się w historii rapu. Rusza przedsprzedaż, która ukaże się nakładem Wydawnictwa SQN.
Książkę można zamówić pod tym linkiem.
W czasach postępującej kultury skrótu i prób zamykania rozmów o sztuce w kilkuset znakach – wydawnictwo SQN po raz kolejny udowadnia, że wierzy, iż czytelników interesuje coś więcej niż powierzchowność. Dlatego zdecydowało się wydać kolejną książkę dla osób, które lubią czytać o muzyce w bardziej złożony sposób. Książka Raekwona to opowieść o dorastaniu w strachu i niepewności, ale także o lojalności, męskiej przyjaźni, muzyce, branży i wszystkim, co się z nimi wiąże. To nie jest książka dla osób karmiących się kolejnymi pudelkowymi aferami, lecz dla tych, którzy lubią wiedzieć więcej.
Oto fragment książki:
Praca nad tym podwójnym albumem to był trudny okres dla każdego z nas. Poczucie wspólnoty, które łączyło nas w trasie, całkowicie zniknęło, mimo że wszyscy mieszkaliśmy w tym samym apartamentowcu, czyli podobnie jak w hotelach podczas tras. Ani razu nie zjedliśmy razem posiłku i nie zrobiliśmy niczego wspólnie. Kolesie spotykali się dopiero w studiu albo się nie spotykali, bo ktoś nie przyszedł. Każdy miał własny harmonogram dnia. Ghost i ja nie byliśmy lepsi, bujaliśmy się razem i razem wychodziliśmy na miasto, czasami w towarzystwie RZA, jeżeli był dostępny, ale ani razu nie próbowaliśmy się integrować z resztą grupy. Był jednak jeden wieczór, który ja i Ghost spędziliśmy razem z kilkoma innymi chłopakami, i mówiąc wprost – był to wieczór historyczny.
Od czasu premiery Cuban Linx, na którym Ghost w skicie rzucił tekst o Biggiem, w ludziach utrwaliło się przekonanie, że Rae i Ghost mają z nim na pieńku, mimo że między naszą trójką nie było żadnej dramy. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy jednak na żywo Biggiego i nie mogliśmy okazać mu naszej miłości, co ostatecznie położyłoby temu wszystkiemu kres. Jeżeli z całego naszego wyjazdu do LA wyniknęła jedna dobra rzecz, to był to właśnie fakt, że w końcu mogliśmy to zrobić. Tej nocy, w marcu 1997, ja i Ghost wyszliśmy na miasto w towarzystwie RZA i kilku innych kolesi, bo był to weekend, podczas którego wręczane były nagrody Soul Train. Byliśmy w klubie Roxy, rozejrzeliśmy się i zobaczyliśmy, że jest tam również Biggie. W tamtym czasie miał on na pieńku z Tupakiem i wszyscy mówili tylko o rywalizacji pomiędzy Zachodnim i Wschodnim Wybrzeżem. Nas to nie obchodziło, nie chcieliśmy nic o tym wiedzieć ani tym bardziej mieć z tym cokolwiek wspólnego. Wu-Tang od początku był czymś samodzielnym i kompletnie niezależnym od tego wszystkiego. Ghost i ja byliśmy tej nocy w świetnych humorach, więc zdecydowaliśmy się podejść do Biggiego, przywitać się i zapewnić go, że od nas w jego kierunku płynie tylko miłość, innymi słowy – że tak naprawdę jesteśmy po tej samej stronie. Jak by nie patrzeć, nasza dwójka miała relację z wytwórnią Bad Boy, bo zrobiliśmy numer z Jodeci, którzy nagrywali pod ich szyldem, nie wspominając o tym, że Meth nagrał kawałek z Mary*. Nie było między nami żadnych animozji.
Big nie był w klubie sam, choć nie towarzyszyła mu żadna ochrona. Tamtego wieczoru, w tamtym klubie, każdy był sobą, więc podeszliśmy do niego i poklepaliśmy go po plecach. Ghost nawet objął go ramieniem, co mu zupełnie nie przeszkadzało.
– Chciałbym ci powiedzieć, że kochamy cię, czarnuchu – oświadczył Ghost. – Nie mamy z tobą żadnego problemu. Nic z tych rzeczy. Yo, mam nadzieję, że czujesz, że jestem szczery. I musisz wiedzieć, że jeżeli w jakikolwiek sposób cię obraziłem, to przepraszam.
Byłem tuż za Ghostem.
– Big, wiesz, jak to jest, stary – dodałem. – Mamy dla ciebie tylko miłość.
– Nie, spokojnie, nie martwcie się – odparł. – Ja nawet nie myślę o takich bzdurach. To bez znaczenia, między nami jest spoko. Napijmy się czegoś.
Upiliśmy się i spędziliśmy razem cały wieczór, a nawet zaczęliśmy planować wspólny kawałek. To była wyjątkowa chwila, bo następnego dnia odbywało się wręczenie nagród Soul Train, a 24 godziny po tym, jak się poznaliśmy, Biggie już nie żył.
Po zabójstwie Biggiego w powietrzu w LA dało się wyczuć napięcie. Cała ta rywalizacja Wschodnie Wybrzeże kontra Zachodnie Wybrzeże nigdy wcześniej nie była tak zaogniona. Miało się wrażenie, że każdy z hiphopowego środowiska ze Wschodu może dostać kulkę, a publikowane w hiphopowych magazynach spekulacje na temat tego, kto mógł zabić Biggiego, nie pomagały. Każdy, kto pochodził ze Wschodniego Wybrzeża, jak najszybciej wyjechał z Los Angeles, oczywiście poza nami, bo ściągnęliśmy tam całą naszą ekipę, co było wyczynem samym w sobie. Wróciliśmy do studia i próbowaliśmy dalej pracować, ale każdy z nas był we własnym świecie. Niektórzy przychodzili pracować na kilka dni, a inni znikali. Jeszcze inni przychodzili na godzinę, a później wychodzili, niektórym zaś zdarzało się spędzać w studiu cały dzień.
W tym samym czasie RZA i jego brat negocjowali i podpisywali umowy na jego współpracę z innymi artystami i próbowali formować grupy poza naszą rodziną. Nigdy nie stworzyliśmy księgi zasad dotyczących tego typu akcji, ale to, co się działo, nie miało na nas dobrego wpływu. Poza tym nie zapominajcie, że byliśmy na fali, więc wokół RZA kręciło się mnóstwo ludzi. Był jak rapowy pasterz otoczony przez różne owce. Większość z nas nie lubiła ludzi, których nasz management zbierał wokół Wu podczas pobytu w LA. Rozpraszali nas, choć mieliśmy wystarczająco dużo problemów ze skupieniem się na pracy. Poza tym większość z nich to nie był typ kolesi, którymi chcielibyśmy się otaczać. Być może RZA miał podobnie, kto wie?