Po kilku latach od premiery albumu „Koledzy” ekipa JWP/BC znów postanowiła zamknąć się w pełnym składzie w studiu. Efektem jest longplay „Krew”, który trafił na półki sklepowe i serwisy streamingowe kilka tygodni temu. Pretekst był dobry, dlatego złapałem Siwersa na rozmowę o muzyce, samochodach i kilku mrocznych tematach.
Na płycie jest trochę odniesień do świata z czasów, kiedy byłeś młodym chłopakiem. Obraz, który namalowałeś, jest raczej mroczny — heroina, ruscy handlarze.
Siwers:- Warszawa była wtedy brudną, postkomunistyczną dżunglą, pełną narkomanów, złodziei i dresiarzy. Po ulicach chodziło wielu bandytów. Moje osiedle było przesiąknięte gangsterskim klimatem. Na mieście można było spotkać sporo drogich fur. Mój ojciec jeździł dużym Fiatem, a chłopaki z ulicy obok, którzy robili ciemne interesy, mieli nowsze auta. Jako dzieciak byłem świadkiem różnych sytuacji.
Podasz przykład?
Widziałem, jak dwie fury pełne wielkich chłopów w kolorowych dresach podjechały na „rozmowę” z pewnym typem. Jeden miał kij bejsbolowy, drugi obrzyn. Różne rzeczy działy się też na Stadionie Dziesięciolecia — często tam bywałem, bo w okolicy mieszkała moja babcia. Miałem wtedy pusty portfel, więc kupowałem tam pirackie oprogramowanie, gry i jakieś softy do robienia muzyki. Można powiedzieć, że zacząłem robić muzykę dzięki programom ze stadionu (śmiech). W domu się nie przelewało, więc radziłem sobie, jak mogłem. Kombinowałem. Chciałem mieć to, co inni mogli kupić legalnie — ja zdobywałem piraty albo przegrywałem płyty od kolegów.