Marcin Flint: Każdy chce opiniować, nie ma komu zajmować się organiczną pracą

„A teraz mamy grupę mniej lub bardziej anonimowych gości, którzy piszą tak, jakby miał to czytać nauczyciel w szkole albo jakby żebrali o lajki członków swojej rodziny. Do tego niby piszą o twórcy, a piszą o sobie, tak jakby kogokolwiek obchodziło kim są”  – stwierdza dzisiejszy rozmówca. O tym, co – a właściwie kto –  popchnął go do pisania o hip-hopie, o tym kogo wychował Popkiller, wywiadach z Ascetoholix i Jeden Osiem L, sensie pisania recenzji muzycznych w dzisiejszych czasach czy… Slick Ricku opowiadającym o Indianach, wychodzących z cipy. Przed wami rozmowa z Marcinem Flintem – najważniejszą osobą, piszącą o polskim hip-hopie. Aha, Flinstone postuluje licencję na pisanie o rapie – egzamin odbędzie się przed komisją złożoną z Arkadiusza Delisia, Sylwestra Latkowskiego, Karoliny Korwin-Piotrowskiej, Jakuba Żulczyka, Andrzeja Budy, Przemysława Guldy i może jeszcze Hirka Wrony, żeby było cieplutko i sympatycznie. Miłego odbioru. Druga część rozmowy pojawi się w najbliższy czwartek.

Myślisz, że możemy mówić o dziennikarstwie hiphopowym w naszym kraju?

Możemy mówić o gronie osób, które lepiej bądź gorzej o tym hip-hopie piszą. A połączenie faktu, że jest to jednak dość zamknięte, sekciarskie środowisko i sytuacji, w której hip-hop wyświetla się i sprzedaje na tle reszty spektakularnie, prowadzi do tego, iż nie trzeba wiele umieć czy sobą prezentować, żeby publikować. Zwłaszcza, że hajs jest demotywujący i nikt się o zlecenia nie zabija.

Problemów widzę kilka. Nie ma postaci. Mam wrażenie, że gdybym nie trafił na pokolenie barwnych, a przy tym merytorycznych dziennikarzy „Machiny”, a przede wszystkim nie czytał Tymona w „Klanie” i na Enigmie, nie miałbym potrzeby pisania o hip-hopie. Denerwował mnie, ba, kiedyś trudno mi go było osobiście znieść, był jednak nie tylko specjalistą w czasach, kiedy wujek Google nie dawał ci odpowiedzi na wszystko, ale również osobowością, której zdanie mnie ciekawiło. O czym by nie pisał. A teraz mamy grupę mniej lub bardziej anonimowych gości, którzy piszą tak, jakby miał to czytać nauczyciel w szkole albo jakby żebrali o lajki członków swojej rodziny. Do tego niby piszą o twórcy, a piszą o sobie, tak jakby kogokolwiek obchodziło kim są. I nie ma komu ich zatrzymać, zbesztać, zmotywować kijem i marchewką jednocześnie, bo mechanizm „kopiuj i wklej” wyplenił pracę prawdziwych redaktorów. Inna sprawa, że kiedyś taką bezkształtną, dziennikarską bryłę można było ciosać, teraz wydaje się z tworzywa, które nie daje się poddać obróbce, bo od razu się rozpada. Nie wiem.

Widzisz, jak biorę do ręki „Politykę”, to wiem, że w kulturze mogę trafić Chacińskiego czy Szubrychta, którzy nawet o hip-hopie napiszą merytoryczniej, barwniej, ciekawiej, niż „nasi” dziennikarze. W dedykowanym szarpidrutom „Noise Magazine” jestem w stanie przeczytać lepszą rapową recenzję, niż w „naszych” mediach. Jednak trzeba być kimś, żeby twoja opinia dla kogoś coś znaczyła, zwłaszcza, gdy czasy są takie, że na wallu masz samych krytyków. Ludzie czytają książki jak być dziennikarzami, pchają się na warsztaty, a zapominają o wykształceniu własnej osobowości.

I tu druga kwestia. Mamy erę lansu, osobistych form, lifestyle’u, blogów, i tak dalej. Każdy chce opiniować, nie ma komu zajmować się organiczną pracą, uczciwie przeczesać undergroundu, poszukać czegoś na alternatywnych marginesach, pozbierać wypowiedzi, żeby błysnąć nieoczywistym tekstem problemowym. Do felietonu i recenzji powinno się dopuszczać po latach takiej pracy. Nigdy nie powinienem dostać felietonu w „Ślizgu”, skręcało mnie z zażenowania jak do tego wracałem i próbowałem się po latach czytać. A teraz chwilę o „Vaibie” – to nudne, archaiczne pismo bez pomysłu, bo jechanie z wywiadami i recenzjami za listą premier, zaś potem dopchanie spisu treści felietonami, w których zdecydowanie za dobrze czujący się ze sobą autorzy leją sobie wodę na temat, który im się akurat wymyśli nie jest żadnym pomysłem. Ale za winyle, za graffiti, za breakdance, za pozostałości etosowego myślenia – szacunek. Ktoś musi to robić. Cieszę się, że to jest. Choć – zostawiając na boku hipokryzję – sam bym pewno przeczytał chętniej o tym, jak Żabson wspomina siedem najgorętszych grouppie ze swojej trasy koncertowej. Niestety jesteśmy zepsuci, znudzeni, a w kontekście dziennikarstwa słowo „wartościowe” zaczyna funkcjonować jako synonim do „nudne”.

W tym momencie w głowie pojawiło mi się z pięć, sześć pytań. Ale pierwsze, które muszę ci zadać to: skoro jest tak, że na każdym kroku natrafiamy na „ekspertów” i „krytyków”, jaki jest sens pisania w dzisiejszych czasach recenzji? Abstrahując już od tego, że płyty często jeszcze przed premierą trafiają do odsłuchu i każdy może się z jej treścią zaznajomić. Nie pamiętam, kto to powiedział, ale natrafiłem kiedyś na opinię, że „recenzje czytają tylko osoby, które nie mają własnego zdania”.

Wydaje mi się, że mamy taki natłok muzyki, tyle jej się ukazuje, a PR-owcy tak nieustannie stają na nażelowanych głowach, by przekonać, że wszystko jest absolutnie kultowe i niezbędne do funkcjonowania w towarzystwie, że rolą recenzenta mogłoby być wyłowienie tych co smakowitszych kąsków z oceanu premier. Teraz zatarły się granice między marketingiem, copywriterką i dziennikarstwem. Opłaca się lawirować, to oznacza że jesteś ogarnięty i zaradny, a tak naprawdę to żal i patologia. Bo pismak i PR-owiec to dwie strony mocy – jeden wpycha ci to, czego nie chcesz, drugi jest sitem, filtruje. Te wszystkie podsypane hajsem firm teksty to ściema i wypadałoby się tego wstydzić, a nie robić z tego wizytówkę, bowiem dla dziennikarza to jak przyznanie się do porażki. Żyć jednak trzeba. Takie czasy. Ale, wracając do meritum i kąsków, wiesz, wstępna, zrobiona za słuchacza selekcja. No bo oczywiście możesz przesłuchać płytę od razu po premierze, ale ile osób ma na to czas? Ile może sobie pozwolić na obcowanie z muzyką podłą? Ja, kiedy jestem zmęczony, chcę słyszeć płyty, których jestem pewien. Wrzucam więc to co znam. No chyba, że ktoś, z kogo zdaniem się liczę, coś mi poleci. I takim kimś może być recenzent. O ile nie jest ekspertem i krytykiem do zapisania wyłącznie w cudzysłowie.

Ja się przy dobrych recenzjach potrafię edukować. Irytuje mnie zupełnie bezrefleksyjny odbiór muzyki, mam zwykle potrzebę wyjaśnienia komuś, dlaczego to mi się akurat podoba. Wziąć jakiś zapomniany klasyk z gatunku, na którym słabo się znasz i słuchać, czytając jednocześnie, dlaczego to jest dobre, konfrontując to z własnymi przemyśleniami, analizując język, patrząc z której strony krytyk to gryzie? Fajna, rozwijająca sprawa. Każdemu polecam, na przykład zamiast podziwiania bicia piany na milion pierwszych targach muzycznych. Bo dobrze mieć jest własne zdanie, ale skoro się już z nim wychylasz, to wypadałoby też umieć je obronić. A ta opinia słuchacza rapowego często nie jest czymkolwiek podbudowana. Ludzie nie słyszą, że raper gada, zamiast nawijać – nie ma zresztą definicji „flow”, może tyko dojść do sytuacji, w której słowo będzie przeciwko słowu; że bit jest obrzydliwie tani i płaski. Lgną do najtańszych wzruszeń, najprostszych rozwiązań, do wizerunku, do tego, co jest na wallach i w słuchawkach ich znajomych, bo przecież w tej grupie małolackich odbiorców nie ma nic bardziej uwłaczającego niż słuchać czego innego niż grupa. Nie mają grama wyczulenia na obciach. Gust nie ewoluuje, na topie jest nieustannie rap „żeby ogłupiał, żeby chciało się ruchać”. A pod kątem kompetentnego, odpowiedzialnego krytyka mógłby. I powinien, bo jest wiele świetnych płyt w starciu z którymi, bez świadomości kontekstu, zastosowanych środków, nieprzygotowany słuchacz nie ma szans. Nie wierzę ludziom, którzy od ręki mogą czytać Prousta, oglądać Antonioniego, ale też jarać się Company Flow, Ultramgnetic MCs, czy clipping. To trochę jak próbować brać się za rachunek prawdopodobieństwa, kiedy ledwo znasz algebrę. Albo jak z ludźmi, którzy nie jedzą ostrych rzeczy. Nie jesz? Twoja sprawa. Ale ile znakomitych rzeczy ominiesz. Przygotowuj więc stopniowo to pieprzone podniebienie do coraz ostrzejszego. Tyle, że z żarciem jest to prostsze. W muzyce lepiej, jak ktoś pokieruje.

Powiedziałeś wcześniej, że brakuje w tym środowisku postaci - osób, których opinii jesteś ciekaw. Skąd ta posucha? Czym to jest spowodowane? Przecież o hip-hopie w naszym kraju nie pisze się od pięciu lat. Ludzi piszących o tej muzyce na przestrzeni tych wszystkich lat było sporo. Nie mów tylko, że to wina małych pieniędzy, jakie oferują/oferowały magazyny, czy braku determinacji u tych ludzi. Choć w to drugie prędzej uwierzę.

W każdym środowisku brakuje postaci. W naszym chyba nie są już potrzebne, wystarczy przymuł z nawijką gościa z klatki obok, idealnie przeciętny, wręcz statystyczny, taki żeby się łatwo było z nim utożsamić i na tyle bezbarwny w opiniach, żeby się łatwo było z nim zgodzić. Zresztą z czym się nie zgadzać, ze sposobem w jaki trzyma pada, jak gra z raperami na konsoli? Nigga, please. A aspektu materialnego nie ma co lekceważyć. O ile mniej usłyszy osoba, słuchająca muzyki po godzinach, po pracy? Ilu mniej kapryśnych hip-hopowców ściągnie na wywiad? Gdzie nie będzie w stanie pojechać na reportaż? Jeżeli pisanie o muzyce nie jest twoją pracą, to robisz to amatorsko. I efekty mogą być wtedy amatorskie. To nie powinno nikogo dziwić. Dziennikarz musi sobie pozwolić na samorozwój, na to, żeby mózg nie tylko doił ze słów, ale czymś go karmił. O tym, że brak stosownych apanaży tłamsi motywującą konkurencję już mówiłem. Nic też nie zastąpi prawdziwego redakcyjnego kolegium, rozrysowania szpigla, zawodowego redaktora, korektora. Jak masz się rozwijać, kiedy wysyłasz pisany na akord tekst, a ktoś go wrzuca w ogóle nad tym tekstem dalej nie pracując?

Dziennikarstwo jest w kryzysie. Nie tylko rapowe, muzyczne, kulturalne, ale jako takie. Internet zmusza do kretyńskich nagłówków, dyktowanych przez SEO powtórzeń, skrótowych informacji. Komunikujemy się memami, gifami, snapami, zamiast coś napisać, wrzucamy emotki – nie potrzebujemy takiego dziennikarstwa jak kiedyś. I media to przeświadczenie pogłębiają, systematycznie obniżając jakość. Dziesiątki zblatowanych tekstów, gdzie PR i reklama udają dziennikarstwo; setki bzdurnych rankingów, w rodzaju nie wiem już której publikacji o najbrzydszych okładkach hiphopowych czy utworów o miłości na walentynki; tysiące newsów pompujących każdy idiotyzm ze społecznościówki. Dno. A pisanie o rapie cierpi również z tego powodu, że nie wychowaliśmy sobie dziennikarzy. Do „Ślizgu” pisali Mateusz Natali i Daniel Wardziński, panowie, którzy dali nam Popkillera, w swoim czasie naprawdę opiniotwórczy, fajnie ogarnięty portal. Poniekąd „Ślizg” ich dziennikarsko wychował. A kogo wychował Popkiller? Pewno paru sumiennych chłopaków z pasją, wykonujących swoją robotę tak jak umieją. Ale nikogo ekscytującego, żadnego lidera rapowej opinii. Byle dzieciak z forum internetowego, który nawciska artystom przed którymi potem nie stanąłby bez pełnych majtek, potrafił lepiej pociągnąć za sobą ludzi, jakoś ich zainteresować. Nie winię Mateusza i Daniela, wiem ile mieli na głowie, nie byli w stanie niańczyć autorów, pieczołowicie nadzorować ich rozwoju, otoczyć odpowiednio skrupulatną redaktorską opieką, w końcu mieć czym ich motywować. W normalnych warunkach taki portal powinien zapewniać dobre życie, a nie zmuszać do kombinacji, czym się jeszcze zająć, żeby przeżyć. Ja obserwowałem w „Ślizgu” jak redaktor czyta mój tekst, siedziałem obok, patrzyłem jak reaguje. Wykonywałem poprawki, zbierałem bury. Nawet potem, w „Życiu Warszawy” redaktor potrafił odesłać mi tekst, zaznaczając na czerwono, co mu nie pasi, zgłaszając swoje uwagi, ba, zbesztać publicznie tak, że sucha nitka na mnie nie zostawała, punktując mnie konstruktywnie. Teraz to nie wydaje się możliwe. Bo wszystko jest teraz i zaraz i nikomu nie chce się myśleć długofalowo, skoro jego redakcji zaraz może nie być. Bo pokolenie, któremu ktoś kołczingowo wmówił własną wartość, będzie płakać, że jest mobbowane. Bo nikt za to nie zapłaci, również dlatego, że mogłoby mu się nie zwrócić. A nie zwraca się, gdyż… no, jest słabe. Błędne koło.

Rolę wiodącego medium hip-hopowego pełnił rapowy Pudelek, który próbując bawić się w nieco poważniejsze dziennikarstwo – niewiele jest rzeczy zabawniejszych, niż patrzenie jak u poślednich generatorów żenującego contentu budzi się nieuzasadniona ambicja – staje się jedną z najżałośniejszych rzeczy na świecie. A teraz pełni co? Nawet nie wiem, pewnie jakieś połączenie słupa reklamowego z generatorem tanich podniet. No to o czym mówimy? Z tym hajsem jest jeszcze to, że jak płacisz ,możesz wymagać. Odpowiedniej terminowości, tego, że pismak będzie poprawiać tekst tak długo, jak będziesz go o to prosił, żeby ci się podobał. A tak to co, wymęczy ci bułę po godzinach, w niedoczasie i prędzej się podda i zrezygnuje, niż zastosuje do czwartego maila z sugestiami. Bo po co? On sobie wrzuci na bloga albo na walla w takiej wersji jak napisał, i ma wyjebane. A poza tym darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. A potem jak u Bisza, w zwrotce roku: nieszczęścia podkowy na ich twarzach. Yyy, w górę chrapy.

W takim razie, wyobraź sobie sytuację, że zgłasza się do ciebie majętny człowiek i proponuje ci stanowisko bossa w magazynie hip-hopowym. Jak wyglądałoby takie pismo? Oczywiście nie muszę dodawać, byłoby to pismo, które utrzyma się na rynku dłużej, niż przez kilka numerów.

Nie wyglądałoby. Wziąłbym od frajera zaliczkę i próbował zniknąć (śmiech). Ale powiedz, czy ty chciałbyś, żeby przedstawił plan na pismo moich marzeń, takie jakie naprawdę chciałbym zrobić za czyjeś pieniądze przy pełnej wierze w odbiorcę, czy żebym ujął rzecz realistycznie i zaprezentował coś, co moim zdaniem ma się szansę zadomowić na rynku, utrafić w oczekiwania naszego czytelnika, jeśli w ogóle założyć, że ktoś tu na coś takiego czeka i są ręce, którymi można by to dobrze zrobić?

Wolałbym, byś jednak podszedł do tego realistycznie.

To nie powiem ci zbyt wiele, dobre pomysły są w cenie, a ja nie wykluczam, że się czymś takim kiedyś zajmę, bo to byłby możliwie mało uwłaczający sposób tracenia czasu i hajsu. Dziennikarstwo musi żyć – dużo rzeczy z terenu zamiast centralizacji i warszawocentryzmu, zróżnicowanie form i teksty, które naprawdę chciałoby się przeczytać, a nie takie, które wypada mieć. Mocno się tam w środku oszukujemy, mnóstwo osób jest snobami, a tekst ma się przede wszystkim fajnie czytać. Nie robiłbym żadnego rapowego rocznika statystycznego. Choć oczywiście pierwiastek etosowy, misyjny, na pewno by był, ale zrównoważony. Brakuje nam środka – w polityce, w dziennikarstwie, we wszystkim właściwie. Żyjemy w czasach obrzydliwego spolaryzowania. Ja gdzieś naiwnie wierzę we frapujący miks kolorowego, bezmózgiego podniecającego czytadła z porządną analizą na parę kolumn i wnikliwą, wielowątkową rozmową. Tylko w obydwu sytuacja tekst musi skrzyć się i płynąć.

O co ci chodzi z tym, że „mnóstwo osób jest snobami” ?

O to, że mnóstwo osób jest snobami. Coraz mniej, bo ludzie radziej wstydzą się już niestety bycia wieśniakami – disco polo na playliście, żenujących seriali na dysku, biblioteczki złożonej z miękkiej pornografii, poradników o wygrywaniu życia i tysiąc pierwszej kopii schematów skandynawskiego kryminału, ale jednak. Zadeklarują ci, że poczytaliby o Rapsody, Oddisee i przegląd dyskografii Shabazz Palaces, żeby czuć się na czasie, dobrze zaprezentować się przed sobą bądź innymi. A w gruncie rzeczy najbardziej interesuje ich jaki raper którego postrzelił, kto się zaćpał – nawet jeśli nie słyszeli wcześniej nigdy jego zwrotki – i który z jaką celebrytką obecnie sypia. Ja naprawdę nie czuję potrzeby wchodzenia na Glamrap i jemu podobne, życia życiem innych, ale nie czuję też potrzeby brnięcia przez akademickie rozprawki, wywiady-rzeki, w których dziennikarz popisuje się tym, czego to nie słyszał i kogo nie zna miziając się z wywiadowanymi fiutami. Chyba sekret w dobrym bilansie. Kiedyś Wyga powiedział Dwóm Sławom, że jak numer jest niepoważny, to klip powinien być serio. I na odwrót. Coś w tym jest. Lekko ująć ciężki temat. Ciężko ująć lekki temat. Od razu jest bardziej interesująco. Ja najbardziej lubię filmy drwiąco, z przymrużeniem oka traktujące o kwestiach egzystencjalnych. Od Allena po Braci Coen. Od „Sprzedawców” do „Jabłka Adama” i „Małej Miss”. Myślę, że w dziennikarstwie to też może fajnie działać. I też bym pewno znalazł przykłady.

flint drugie

No ale nie powiesz mi chyba, że tobie nigdy nie zdarzyło się miziać z innym raperem. Jakkolwiek to zabrzmiało.

Jasne, że się zdarzyło, ale starałem się, żeby to nie było zbyt obrzydliwe na zewnątrz. I miałem wokół siebie ludzi, którzy w mniejszym lub większym stopniu byli w stanie powstrzymać emanację mojego ego. Poza tym ja się nie trzymałem z raperami. Bardzo niewielu z nich jest moimi kolegami, często ci, po których jechałem potem najboleśniej, żeby mieć czyste sumienie i pewno żałowali. Dziennikarze dzielą się teraz najchętniej na dwa obozy. Jedna grupa zgrywa krytyków, okopuje się i oszczekuje, świadoma, że nie skonfrontuje się raczej z tymi, po których ciśnie. Druga grupa, ci od wywiadów, przeciwnie – pije sobie z dziubków z artystami, fraternizuje się przy barach. Oni zwykle nie recenzują, bo raper zawsze będzie dla ciebie fajny, jak akurat pochwaliłeś jego płytę, i obrażony, jak mu ją zdruzgoczesz. Po jednej negatywnej recenzji dobra knajpiana komitywa może natychmiast pęknąć. A ja akurat miałem tak, że mnóstwo razy osoby, które krytykuję były tymi samymi, do których jechałem potem na wywiad. Czy przyjemnie było spotkać się w Poznaniu z Ascetoholix tuż po tym, jak przylepiało im się etykietkę hiphopolo, piętnowało ich za rzewność, wykpiwało tę całą przaśność? Nie, nie specjalnie, choć lody wcześniej czy później pękały. Ale to było dobre, uczyło odpowiedzialności za słowo, czegoś, od czego dzisiejsze pokolenia pismaków są właściwie wolne. Oporowo i efektownie cisnąc, łatwo zbudować sobie pozycję na chwilę. Ale trzeba pamiętać, jak tanie jest wożenie się na czyjejś krzywdzie. Nawet jak ktoś mnie zniesmaczy tak, że pojadę ostrzej, to nie chichoczę wtedy złowrogo, nie zacieram rączek. Musisz być świadomy, że twój zły wieczór może zrujnować np. rok czyjejś pracy. Nie, żeby cię to paraliżowało, ale mieć to z tyłu głowy.

W takim razie, jak powinna wyglądać relacja na linii wykonawca - dziennikarz? Można w ogóle to jakoś określić?

Z polskich doświadczeń mogę ci powiedzieć, jak nie powinna wyglądać. To jest mała branża w sumie, za mała, by ręka ręki nie myła. Za mała, żeby ludzie udawali, że się nie znają. Zbyt biedna na konflikty i skakanie sobie do gardeł. Eis powiedział chyba kiedyś, że tu jest jedno zero za mało na beefy. Dziennikarze pracują równolegle jako PR-owcy. Patronaty w obecnej formule otwierają wydawnictwom drogę do wypaczania mediów, no bo jakże można pojechać po płycie objętej patronatem, często zresztą w ciemno? To się wielu redaktorom nie mieści w głowach. Sam miałem do czynienia z tym, że gwiazda rapu odmówiła mi wywiadu, bo recenzja była zbyt krytyczna, mimo, że była, cholera, pozytywna. Teraz pozytywna nie wystarczy, musi być bałwochwalcza, kiedy fanpage zamienia się w sektę trzeba używać najmocniejszych słów, by banda dętych bożków nie marszczyła czół. Słów chyba szkoda. Amatorskie to jest wszystko bardzo. I może czasem dobrze? Fajnie zapytać o coś artystę przez messengera, a nie zwracać się do niego przez menadżera. Fajnie mieć na wywiad godzinę, dwie, ile chcesz, a nie mieć wyznaczony czas między jedną a drugą redakcją. Jak jechałem do Sariusa, zjedliśmy w Częstochowie obiad, oprowadził mnie po osiedlu, żebym mógł pooglądać srebra na budynkach, posłuchać anegdot, potem pójść do sklepu. Jeden z weteranów sceny przenocowuje mnie czasem, jak jadę do dzieci i zostaję na weekend. Jakieś takie normalne, ludzkie relacje z dala od przemysłu, biur firm fonograficznych, bywają spoko. Jesteśmy ludźmi. Ale koleżeńskie, pełne poklepywania się po plecach i chęci popisania się dialogi to mogą być w listach Lema do Mrożka. A nie w wywiadzie zupełnie anonimowego pismaka z ledwie znanym artystą. Jak sobie panowie uprawiają taką grę wstępną, to wyruchany zostaje wyłącznie czytelnik.

Wspominasz Ascetoholix, mówisz, że udało ci się z nimi porozumieć po tym, jak niezbyt pochlebnie się o nich wyrażałeś. Ale chyba nie wszyscy byli dla ciebie tacy łaskawi?

Oczywiście, że nie wszyscy byli tacy łaskawi. Pomyśl, że jesteś raperem i przyjeżdża do ciebie takie pucułowate pacholę, które właśnie cię skrytykowało, twoją uświęconą płytę, w którą wszyscy z dzielni, każda mordeczka, wpatrzeni są jak w obrazek. No przecież aż prosi o liścia na odmuł. Dziwne, że nigdy nie został wypłacony. Moim ulubionym przypadkiem, nie tak dawnym, jest sytuacja, kiedy nazwałem faceta LeBronem Jamesem tej gry, wystawiłem dość wysoką ocenę, względnie ważąc słowa, bo typ był kiedyś u mnie w mieście jak Bóg, no półbóg. Ale ocena i tak była za niska. A tak to dawne czasy raczej, bo średnio interesują mnie wywiady wymęczone. A jak mi się czyjś materiał nie podoba, to jestem średnio ciekawy, co ma o nim do powiedzenia. Ta ciekawość to podstawa dobrej rozmowy, najlepiej zadawać pytania o to, co naprawdę chciałbyś wiedzieć, jako słuchacz, nie dziennikarz. A żeby przeciągać linę, przepychać się, droczyć, kruszyć mur, pokazać, że nie jesteś szują, która chce się wybić cudzym kosztem, na poniewieraniu czyjejś roboty, tylko wykonujesz swoją pracę? Owszem, można. To nawet w takiej konfrontacyjnej formule, jeszcze ewoluującej, ze stopniowym ociepleniem relacji, mogłoby mieć swoje dziennikarskie walory. Jednak serio za słabo za to płacą, żebym chciał się czuć zestresowany, robiąc materiał. I żebym siłą rzeczy promował to, czym się nie jaram. No, chyba, że mówimy o albumach uznanych za objawienia, które dla mnie są „overhyped”, i z racji na to, że nie chcę przychylić się do tezy o ich doskonałości, jestem wpychany w kostium krytyka… Strasznie się nam spolaryzowały sądy, wspominałem już o tym coś musi być czarne albo białe. A dobry, uczciwy wywiad z Taco, Quebo czy Oskarem? Czemu nie. Nie jaram się przesadnie, co nie znaczy, że nie mam powodów, żeby ich cenić, nie umiem zobiektywizować ich zalet i nie miałbym o co pytać. Natomiast rozmowa z Popkiem, PlanemBe, Sentino, Tadkiem albo – z drugiego bieguna – L.U.C. po prostu mnie nie interesuje. Nie z powodów, o których pisałem – nie jestem ciekawy, tego co mieliby mi do powiedzenia, nie mam potrzeby pytania ich o cokolwiek i nie zależy mi na medialnym nagłośnieniu ich działalności. Oczywiście wszystko jest względne, bo wiadomo, że gdybym dostał propozycję tak płatnej rozmowy, że mógłbym za to pokazać synowi kawałek świata, to pewno bym nie oponował i starał się podejść do zlecenia nie tyle z zajawką, co profesjonalnie. Poszedłbym dobrze przygotowany, odpowiednio zredagował, zrobił swoje. Dziennikarze od zawsze mieli coś z najemników i nie ma co stawiać kategorycznych tez. Nigdy nie mów nigdy, bo życie znajdzie sposób, żeby cię strollować. Poza tym twórczość twórczością, ludzie ludźmi. Szedłem kiedyś na duży wywiad z Weną. Po tych wszystkich wersach o chuju lądującym w gardle wroga, po tym dystansie bijącym od zwrotek, spodziewałem się, że to będzie opryskliwy, zdawkowy gość. Był ciepłym człowiekiem, fajnym rozmówcą, wywiad wyszedł świetnie. Facet miał spory dystans, owszem, ale do siebie również. Autoironizował w temacie własnego poukładania i pedanterii. Ciekawe, czy teraz śmiał by się z własnej akcji promocyjnej i czy słuchacze mu ją darują. Zawsze mi się wydawało, że słuchacz rapu to jest odbiorca na którego można narzekać z miliona powodów, pozostaje jednak czuły na ściemę. Ale jeśli dał sobie to wcisnąć, no to przełknie wszystko.

Często zdarzało ci się chodzić na wywiady, które traktowałeś typowo zarobkowo?

Ano zdarzało się, jak pracujesz dla tytułu, to zlecenie jest zleceniem. Normalną rzeczą było to, że jako ten młody w „Ślizgu”, brałem zabawki i jechałem do Jeden Osiem L, skoro taka była wola naczelnego i skoro chcieliśmy pokazywać pełen przekrój sceny. O tym, że Jeden Osiem L słuchać się nie dało, że cały sens ich istnienia dałoby się zawrzeć na maxi-singlu, i to i tak przy dużej tolerancji i dobrej woli, dodawać nie muszę. Ale redakcja to nie jest mój prywatny blog, trzeba być trochę ponad to, zrozumieć, że jak jest na coś popyt, to ktoś musi zagwarantować podaż. A pożary wypada dorosłym ludziom gasić, zanim się nie rozprzestrzenią. Pamiętam wywiad z Wdową, była hardą dziewuchą, nie rozpieszczałem jej w dziennikarskich formach, ucieraliśmy sobie nosa w Internecie. A ona przyszła do redakcji, na terytorium wroga, ciut naburmuszona, ale zrobiliśmy rozmowę. Pierwsze pytanie było, zdaje się, o to, czym jest sati. To był taki hinduski rytuał palenia wdów na stosie. I co? Może nie to, że się przyjaźnimy, to bardzo zajęta osoba, ja też robię w życiu sporo rzeczy, ale mam Małgosię (Wdowa – red.) za bystrą, szczerą, świadomą kobietę, z dawką empatii i bardzo fajnym poczuciem humoru. Ona nagrała taką emo-epkę, nie tak dawno, nie podobała mi się w ogóle, nie napisałem o niej dobrze. Poszło kilka szpilek, żeby nie było, że wkrada się jakaś żenująca autocenzura. Nie zważyło to na naszych kontaktach. Są oczywiście granice. Widziałem, że SB Mafiija szuka menedżera projektu, pewno spełniałbym wszystkie wymagania, a trochę hajsu, nowe wyzwania w czasie gdy dziennikarstwo dostarcza ich niewiele– zawsze w cenie. Ale bez przesady – z Solarem się znamy, mam parę numerów Białasa, przy których cmokam, tak są dobrze napisane, niemniej polało się z mojej strony zbyt dużo jadu w stronę tego ich draftu, żebym palił jana – Jan-palenie (śmiech) – i kombinował, co zrobić, żeby ADM czy Beteo lepiej chwycili i więcej grali. Bez przesady. Poza tym musiałbym zrezygnować z dziennikarstwa, a ono – niestety – uzależnia. Duża część mojego dziennikarstwa to była po prostu praca. Pisałem dla prawicowego tygodnika, takiego już trochę po bandzie, i choć nie pisałem o raperach gloryfikujących żołnierzy wyklętych, pozostałem sobą, to miałem dyskomfort, związany z tym, że nie jestem w stanie tego czytać, że zupełnie nie utożsamiam się z linią. Byłem również sekretarzem redakcji mediów klubowych Legii Warszawa. Nie ma tajemnicy w tym, że nigdy nie byłem, i pewno nigdy nie będę kibicem – dlatego, że od poglądów wyrażanych na stadionach włos mi się na plecach jeży, ale również dlatego, że szanuję trud, pasję i lata wysługi, przez co nie chcę być przebierańcem w świecie gdzie ludzie dla klubowych barw poświęcają wygodę, zdrowie, pieniądze – niemniej takie spojrzenie człowieka z zewnątrz, na zimno, mogło mieć swoje plusy. I czasem chyba miało. Potem wracałem z pracy i wchodziłem na nba.com, bo to czarna koszykówka była zawsze najbardziej interesującym mnie sportem. Z dziennikarzami trochę jak z artystami – jak nie wychodzą poza swoją strefę komfortu, to się nie rozwiną. Choć nie wątpię, że zawodowe kontakty wyłącznie z kolegami są przyjemną opcją. Ale w życiu, zawodowym również, chodzi czasem o coś więcej, niż żeby było miło. Bolcowi o to właśnie chodziło, i jak skończył?

Ale dlaczego zrezygnować z dziennikarstwa? Przecież dziennikarze, czy tam „dziennikarze”, którzy nie mają problemu z tym, że pracują w wytwórni, a po godzinach grają niezależnych.

Dziennikarz ma odsiewać ziarna od plew, chronić cię przed promocyjną ściemą, weryfikować te wszystkie napuszone i okrągłe frazesy klepane przy kawce za pieniążki wydawnictw. Jest mi smutno, jak cała rzesza artystów nie rozumie tego, że rolą recenzenta nie jest wypisać tracklistę i featuringi – to pokazuje tylko skalę ignorancji, brak zrozumienia funkcji recenzji w całym tym łańcuchu. A mamy taką piękną historię krytyki, aż się gęba człowiekowi śmieje, jak wraca do tekstów z międzywojnia albo nawet i z PRL-u, bo ustrój mógł mitygować zapędy i cenzurować, ale nie sprawiał, że ludzie przestawali umieć słuchać i pisać. A pisali tak, z takim nerwem, że cmokam jak czytam o średnio interesującej mnie muzyce klasycznej… Oczywiście, że to wszystko się zdewaluowało, autorzy wiedzą ułamek tego, co wiedzieli przed dekadami, nie mają podstaw i strach myśleć, kto teraz kształtuje opinie (ok, co najwyżej próbuje to robić). Choć z drugiej strony muzyki wychodzi tyle, że nie sposób za tym nadążyć, nie idzie być muzycznym człowiekiem renesansu, a muzykologia nie nauczy cię rozumieć i czytać rapu, jest zbyt niejednorodny, dlatego naukowcy plotą trzy po trzy, doprowadzając nas do łez ze śmiechu. Pamiętajmy – kiedyś odbiorcę było stać na dużo, dużo więcej, umiał czytać ze zrozumieniem, miał cierpliwość w miejsce poznawczego ADHD. Dziś trzeba pisać tak, żeby zrozumiał, a nie przerwał po trzech zdaniach z irytacją i poczuciem niższości. Mówić jak do labradora. Kończąc jednak dygresję – nie chcę oceniać kolegów, bo sam święty nie jestem, trudno mi winić ludzi, którzy usiłują w tych barbarzyńskich czasach powrotu do pisma obrazkowego i dumy z ignorancji własnej żyć z operowania słowem, zwłaszcza, że to operowanie niestety uzależnia. Każdy ma swoje granice i swoje sumienie – dla mnie oczywiste jest, że po wydaniu „Dymu”, narysowanego przez Marcina Podolca, wywiadu graficznego z Pablopavo, nie recenzuję rzeczy z Karrot Kommando, które było zarazem współwydawcą tej pozycji. Ale nie miałem problemu z poprowadzeniem w Empiku spotkania z Rahimem i Buką. Śliska sprawa, bo choć trudnych pytań nie brakowało, to przecież takie dziennikarstwo, które ma jednoznacznie pozytywną funkcję. A o ile lubię tych ludzi, to ich wspólnego materiału szczerze nie cierpię, to dla mnie dokładnie to, z czym Rahu walczył, nagrywając „Za szybcy się wściekli”. Pomagałem różnym artystom w pisaniu użytkowych biosów czy mailingów. Tu nie sposób być kryształowym. Sama instytucja patronatu medialnego potrafi być patologią, a wytwórniom wydaje się, że kupują przychylność dziennikarzy w danym tytule. Ale na to już chyba wcześniej narzekałem.

Fot. Bartek Muracki

Zdjęcie – Bartek Muracki

Znów mało entuzjastycznie wspominasz o recenzjach polskiego hip hopu. Widzę, że chcesz coś jeszcze z siebie wyrzucić w tej kwestii - śmiało.

Nie ma o czym mówić. Mój serdeczny przyjaciel, Krzysiek Nowak, za chwilę broni na polonistyce magistra z języka recenzji rapowych. On mógłby się wypowiedzieć, bo widziałem, jak szlag go trafiał, że wszystko, co młody recenzent jest w stanie napisać o bicie, to to, że jest „bujający”. Recenzje rapowe nie są traktowane jak teksty o muzyce, tylko jak średnio udane, rażące banalnością i brakiem językowego obycia interpretacje tomików poetyckich. Nie ma na kim się wzorować, nie ma się z kim ścigać. Denerwuje mnie też, że oddajemy pole pismakom, którzy kilkanaście lat temu pałowali się przy jakichś smutnych indie bandach na „the”, tę całą obrzydliwą new rock revolution albo jakimiś popami, tak udziwnionymi, że przestają mieć cechy muzyki popularnej, a teraz perorują z udawanym luzem i udawanym znawstwem, które na kilometr pachnie zresztą nerwowym googlowaniem. Widzisz, rap, tak jak i metal, był sekciarski. Ma swoją trudną historię, swoją pokrętną wielotorową ewolucję, swoją systematykę, swoją terminologię, swój mental. Jak się pojawiłem w „Ślizgu”, to zbierałem opierdol za to, że nie jestem z tego najpierwszego pokolenia, że nie śmigałem na desce pod „Capitolem”, nie chodziłem na imprezy do „Alfy” i tak naprawdę niczego nie rozumem. Siedział Wzorowy – obecnie do poczytania w „Przekroju” – puszczał mi jakieś Boot Camp Clik i śmiał się, że nie rozpoznaję po kilku taktach (śmiech). Może coś tam wtedy rozumiałem, ale rzeczywiście niewiele, za mało żeby mądrzyć się tak, jak się mądrzyłem, za to doskonale rozumiem teraz takie reakcje. Chuju, nie wiesz, że Redman chodził z chusteczką do nosa w kinolu. a Slick Rick opowiadał o Indianach, wychodzących z cipy, nie grałeś w kosza do pierwszej płyty Wu-Tangu z boomboxa, kiedy ODB zawodził „Shame on a nigga”, nie kopiowałeś taśm w CMR Digital i nie nagrywałeś Atomic TV na VHS, to weź może sprawdź czy Toro Y Moi nie nagrał nowej płyty albo – nie wiem – poszukaj nowych rurek na Off Festival, ale nie zabieraj się za pisanie o Migosach, chwilę po tym jak zagraniczne media uświadomiły cię, że w ogóle wypada napisać (śmiech). Nie no, śmieje się, staram się walczyć z tym sekciarskim myśleniem wewnątrz mojego łba, ale nie zawsze się udaje. Wkurwia mnie oporowo tendencja do generalizowania. Typ słucha tego rapu od święta, pisze tekst. No dobrze, może coś wnieść, ja też piszę o dziedzinach, o których mam sporo mniejsze pojęcie. No ale kurde, nie generalizuję. A tu rozumiesz, facet produkuje się na temat Taco chyba i narzeka, że album konceptualny to w rapie rzadka sprawa. Człowieku, nie mówię już o fabularnych płytach Masta Ace’a, o wynalazkach Dela, o Prince’ie Paulu, o Kendricku Lamarze. Patrzę na Polskę i wychodzi na to, że moje ukochane płyty są mniej lub bardziej konceptualne. „Człowiek, który chciał ukraść alfabet” Eldoki. „Totem leśnych ludzi” Gurala. „Wilk chodnikowy” Bisza. „Zeus. Nie żyje” Zeusa. „Superekstra” Wdowy. „Trzeba było zostać dresiarzem” Mesa. „Lot 2011″ Te-Trisa. „Tylko dla dorosłych” Ostrego. I tak dalej. Zresztą ten koncept czai się, gdzie nie spojrzysz – od Jimsona po VNM-a (śmiech). I po cholerę stawiać takie tezy bez pokrycia, zamiast zamknąć mordę. Tak w ogóle postuluję licencję na pisanie o rapie – egzamin przed komisją złożoną z Arkadiusza Delisia, Sylwestra Latkowskiego, Karoliny Korwin-Piotrowskiej, Jakuba Żulczyka, Andrzeja Budy, Przemysława Guldy i może jeszcze Hirka Wrony, żeby było cieplutko i sympatycznie. (śmiech). Można by to transmitować live na kanale Young Igiego. Paliłyby małe dzieci i on.

Myślisz, że osoby piszące o hip-hopie w Polsce powinny mieć większą wiedzę o amerykańskim rapie? Chyba niewielu wie, kim jestwspomniany chociażby przez ciebie - Prince Paul.

Myślę, że jestem stary, jak patrzę co się dzieje. W dzisiejszych czasach nigdy nie da się wiedzieć dość, niestety, wiedzy jest bezmiar. Nie sposób tego opanować toteż nie mam nie wiadomo jakich wymagań w kwestii kontekstu. Wystarczyłoby mi, żeby ktoś umiał słuchać i pisać jednocześnie, bo to się rzadko zdarza. Ale myślę, że trudno jest napisać o Joey Badassie, jak nie znasz Nowego Jorku lat 90., o Action Bronsonie, jak nie znasz Ghostface’a i o Cool Kids, jak nie znasz ejtisów. Zresztą pół biedy, że nie wiesz, ale przynajmniej nie staraj się tego udawać. Nadrób niezłą analizą. Zacytuj kogoś, kto wie. Najbardziej przeraża mnie duma z własnej ignorancji i próba racjonalizowania własnej niewiedzy. Dlatego na przykład nie recenzuję rocka. Zanim znajdę kontekst, punkty odniesienia, nasłucham się, miną dwa tygodnie. A że nie czuję się w materii pewnie, przejmę się jeszcze każdą krytyką, która na mnie spadnie, bo to nie jest rap, gdzie mało kto jest w stanie do mnie dopluć, więc mogę stanąć, spojrzeć w dół i rechotać patrząc jak próbują . To mi się po prostu nie opłaca.

Duma z własnej ignorancji? Możesz to rozwinąć?

No na zasadzie „może i nie wiem co było przed Drake’iem i Smarkiem, ale chuj z tym, kogo to obchodzi, co mi zrobisz? „. A z drugiej – żeby być sprawiedliwym – „ci mumble raperzy nie umieją rapować, wiem o tym, choć słyszałem tylko jednego przez chwilę, ale wyglądał jak pedał”. To jest żenujące jak się staruchy łapią na wizerunkową przynętę, na oceny kategoriami, które negują. Człowieku, sprawdź jak wyglądały futra i legginsy raperów w ejtisach, policz cekiny na Doktorze Dre i obczaj jak woził się Kool Keith, zanim zaczniesz wizerunkową intifadę. Kiedyś jak ludzie czegoś nie wiedzieli, to była to wstydliwa kwestia, robili wszystko, żeby się dowiedzieć. Teraz nie wiedzą, ale gadają i piszą. Pokolenie „chujowe, nie słuchałem, za to skomentuję”.

Nie masz wrażenia, że pokolenie „chujowe, nie słuchałem” zostało poniekąd wychowane przez polskich raperów?

Widzisz, byłem na koncercie Łony, który w moim mniemaniu nagrał z Webberem najlepszą płytę zeszłego roku. Występ w Proksimie (znaczy, że coś będzie słychać), do tego instrumentaliści, hypeman, będący klasą samą w sobie, a nawet fajny, cudownie deprymujący tych wszystkich zadufanych wykształciuchów, snobów doznających przy Adamie Osieckim-Młynarskim support, Paweł Bokun, ogłoszony wcześniej Młodym Wilkiem Popkillera. Mam poczucie, że na tym występie powinna pojawić się rapowa Warszawa. Żeby zobaczyć, jak idzie koledze po fachu u szczytu formy, dać mu poparcie – zwłaszcza, że parę osób miało tu gościa na featuringach – przyjrzeć się młodemu… Widziałem niewielu: Afrojaxa, Mroza, Świętego i CNE, który był w pracy. Nie będę kruszyć kopii, warszawskie gwiazdy pewno grały w tym czasie swoje koncerty. Ale to trochę symbol. Raperzy zwykle byli niemożliwie zapatrzeni w siebie, i to do stopnia nie pozwalającego stworzyć im fajne zespoły. Zobacz, że dorobek sceny to przede wszystkim solówki. Po latach 90. nie było poczucia bycia częścią czegoś większego, raperom zabrakło czasu na odpowiedzialność, czy bardziej przyszłościowe myślenie odnośnie do tego, że później, gdy zaczną ewoluować, opłaci im się mieć wychowanego, osłuchanego, dojrzalszego odbiorcę. Po ciemnej stronie fascynowano się niby francuską sceną, ale to trzeba by zapytać Tymka od Rapu Francuskiego, jak płytka okazała się wtedy ta fascynacja, która od niedawna wraca z nową falą, nie kojarzącą co prawda IAM i NTM, ale zachwycającą się PNL czy MHD – nimi albo ich wyświetleniami, teraz nigdy nie wiesz. Po jasnej stronie z kolei, na wyobraźnię działała „prawdziwa szkoła”, renesans etosowego hip-hopu, ale inspiracja nie była wiele głębsza, nie okazała się nawet ideą, wokół której można się skrzyknąć, sporo neofickich numerów przeginało za to z nachalnym dydaktyzmem, irytującym kodeksem tego co wolno, a co nie. Nagrania nagraniami, nie chodzi o to by się poprzerzucać rymowanymi ksywami dawnych mistrzów, takich kawałków było przecież kilka, nie działały specjalnie. Poprzeczki nie podnoszono słuchaczowi również w wywiadach, nie gruntowano wiedzy, plotki i śmieszne afery wypierały miejsce, w którym artyści mogliby przekonująco mówić o inspiracjach, o tym, czego słuchają. O tym, że sceny rapowe to naczynia połączone, a wszystko co się w rapie wydarza, z czegoś wypływa. Że jest przyczyna i skutek, a bez historii zawsze będziesz nikim. Koncertowa najebka i nowe dresy od sponsora zawsze były ważniejsze od osłuchania się, które jest przecież normalnym przygotowaniem do zawodu. I tylko te usprawiedliwienia – że zbyt łatwo chłonąć cudze patenty, to, tamto. Jak nie masz własnego stylu i pomysłu na siebie, to z pewnością… Pokolenie „chujowe, nie słuchałem” to jedno. Jest gorsza kwestia – duże zainteresowanie polskim rapem zupełnie nie idzie w parze z zainteresowaniem tym, co się dzieje gdzie indziej, no, chyba, że to Kanye West, powrót legendy pokroju ATCQ, czy jakaś asłuchalna, „o matko jak niezwykle bezkompromisowa”, hipsterska zajawka w typie Death Grips. Migoczą mi komory jak czytam palantów, ogłupionych do reszty źle rozumianym patriotyzmem piszących, że amerykański rap ich nie obchodzi, bo – tu niestety cytat – „W USA nigdy nie wiedzieli czym są zasady i co to znaczy mieć honor, więc mam ich gdzieś” A polscy raperzy wychowani na polskich raperach i głusi na resztę to dramat. To są chwasty, paskudne, płytko ukorzenione, przenoszone z wiatrem, łapczywie zarastające każdą wolną przestrzeń. Robactwo, na które należałoby spuszczać DDT kąśliwych słów. Albo chociaż Rogala DDL.


Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*



%d bloggers like this: