zdjęcie: Saike w Szczecinie w 2002 roku.
Były ostre ucieczki kończące się kontuzjami – pocięte łapy, podarte ubrania, obtarta morda, uszkodzony aparat. Najbardziej nie lubię straconych puszek – mówi mi Saike z zielonogórskiej ekipy DS1. Rozmawiamy też o akcjach z filmu Men in Black i jego dzisiejszej relacji z graffiti.
Jak wspominasz akcję (byli na niej między innymi Special z EWC i Phyke z US), która została uwieczniona w trzeciej części chuligańskiego klasyka – Men in Black?
Niektórych chłopaków znałem już wcześniej – jak na przykład wspomnianego przez ciebie Speciala, który był u nas kilka razy z Fearem. Na akcji w Katowicach było nas kilkunastu. Taka banda była zauważalna, rzucaliśmy się w oczy. Pamiętam, że na spot jechaliśmy kawałek kolejką i podszedł do nas konduktor po bilety, których oczywiście nikt nie miał. Do akcji wkroczył Phyke, który coś mu tam objaśnił i chłop zostawił nas w spokoju. Dotarliśmy do celu – ciemno jak chuj, jakaś droga, a w oddali pięknie oświetlone kolejki. Idealne do naszego planu filmowego. Muszę dodać, że opanowanie takiej gromadki ludzi to nie lada wyzwanie, nie mówiąc już o zachowaniu ciszy (śmiech). Pamiętam, że akcja stanęła pod znakiem zapytania, bo czeker zobaczył jakąś lipę, ale już nie pamiętam, o co tam chodziło.
Co było dalej?
Jak to na jardzie – driver siedział w kolejce, coś tam przetaczali, jakaś lokomotywa jechała w lewo, inna w prawo. Musieliśmy czekać, ale nie chcieliśmy odpuścić i w końcu ruszyliśmy do ataku. Szybko rozstawiliśmy graczy – kto, gdzie, ile miejsca na panel i tak dalej. Po chwili rozejrzałem się dookoła siebie i okazało się, że po każdej stronie kilka osób malowało – jakbyśmy byli na jakimś jamie, piękny widok. Pod światło było widać, jak unoszą się opary farby. Szybko skończyłem swoją robotę i uznałem, że machnę coś jeszcze. Zrobiliśmy więc z Coltem i Tonikiem po jeszcze jednej sztuce. Nie mieliśmy potrzeby robienia zdjęć na miejscu, bo wszystko wyjeżdżało wiadomo kiedy i gdzie. Zawinęliśmy się stamtąd i wróciliśmy na bazę tak samo, jak tam dotarliśmy. Następnego dnia złapaliśmy kolejkę na foty – na peronie, w trafiku, jakie tylko chcieliśmy.
Phyke… jaką mieliście relację?
To dobry wariat. Stuprocentowy grafficiarz. Nie pierdoli się w tańcu. Mam do niego duży szacunek za solowe akcje i solowe toury po Europie. Piątka dla niego i jego ziomali za to, jak nas przyjęli, gdy kręciliśmy Men in Blacka. Zapewnili nam różne atrakcje (śmiech). Byliśmy zaopiekowani, jak trzeba. Jakiś czas temu wracał z Zachodu i na dosłownie chwilę przecięliśmy się u nas w mieście. To są takie relacje, że gościa nie widzę przez wiele lat, ale w sumie nie robi to nikomu różnicy, bo zawsze jest spoko. Pamiętam, jak wiele lat temu ktoś tam nawinął, że Phyke miał przypał na metrze, że akcja nie poszła po ich myśli. Wpisałem frazę w Google, a tam jakieś wiadomości, że grafficiarze pomalowali metro i jest z tego skandal. Ktoś udokumentował telefonem na peronie, jak połapali writerów – jakieś pały w tajniaku, społeczniaki. Oglądałem to uważnie i w pewnej chwili zobaczyłem Phykersa, którego trzymały jakieś gnoje. Mimo wszystko nawet takie akcje go nie złamały. Nawet pucha go nie odstraszyła. Twardy gracz.
Dużo jest na polskiej scenie osób, które możesz określić mianem twardych graczy?
Na pewno jest ich sporo. Nie chciałbym nikogo pominąć. Szanuję każdego, kto ponad dwie dekady robi kolejki. Każdego z nich śmiało można nazwać twardym graczem. Mam na myśli też osoby odpowiedzialne za magazyny, filmy, strony internetowe i inne archiwa. Nie ma znaczenia, że ktoś zrobił sobie przerwę, bo liczy się to, że infekcja krąży we krwi i za chuja się z tego nie można wyleczyć. Niektórzy trafiali za graffiti do puchy na kilka miesięcy, inni dostawali spore grzywny, mieli sprawy w sądzie, przeszukiwania chaty i… nie złamało ich to. Niektórzy zaczynali jako łebki mające 15 lat i teraz, ponad ćwierć wieku później, wciąż to robią. Jeżeli tworzyłeś tę scenę, to masz w sobie coś, co zostanie z tobą do końca życia.
Ty też musiałeś się mierzyć z konsekwencjami swoich działań?
Były ostre ucieczki kończące się kontuzjami – pocięte łapy, podarte ubrania, obtarta morda, uszkodzony aparat. Najbardziej nie lubię straconych puszek. Wiesz, nawet gdy nas dojebali, to zawsze kończyło się łagodnie. Najgorzej bywało poza granicami kraju. Back in the days woziło się ze sobą foty, by ewentualnie pokazać je miejscowym graczom. W plecakach woziło się też: puchy, kominiarki, sekatory, zdjęcia pomalowanych pociągów i… konserwy. Nieraz trzeba było się z tego mocno tłumaczyć.
Pamiętasz coś konkretnego?
Zjechaliśmy na linie poza miasto jak na legal. Auto postawiliśmy obok miejscówki i robiliśmy takiego gnoja na cztery metry wysokości. SOK-i na ukrytych kamerach to wyczaili i pojmali nas za robienie obrazków na linii i na budynku kolejowym. Wezwali kryminalnych. Mieli plan, że dojebią nam też inne rzeczy. Ci przyjechali i mieli na to… totalnie wyjebane. Nawet im się podobały nasze dzieła, no ale taką mają pracę, a nie inną. Spisali, pomierzyli, sfotografowali i na koniec podali nam grabę. Wkurwione SOK-i kazali tylko odmalować elewacje, a sprzęt, który nam zabrali, był do odbioru na komendzie.
Poza Polską też bywało tak wesoło?
Pierwszego wyjazdu to już nawet nie pamiętam. Najciekawszy był wyjazd do Monachium i coś tam po drodze. Pojechałem z Zupą i Kierem. Spaliśmy na dziko, gdzie się tylko dało: dworce, parki, pod odwróconą łódką nad jeziorem (śmiech). Jako że pieniędzy nie mieliśmy za dużo, to opcja transportu miejskiego była omijana. Postanowiliśmy za to skorzystać z gościnności bogatego, niemieckiego landu i przy pomocy pewnego narzędzia pożyczyliśmy rowery i to nimi przemieszczaliśmy się po mieście. Wybieraliśmy same trupy, by nie było przypału. Zapomniałem dodać, że było nas trzech, a rowery… dwa. Ja jechałem sam. Ten ich był tak dojebany, że wszystko piszczało i trzeszczało. Normalnie nie dało się jechać. W końcu z tego całego wkurwienia Zupa zatrzymał się i pierdolnął tym rowerem w pizdu. Dalej cisnęliśmy już buta. Teraz mi się jeszcze przypomniało, jak policja z impetem wjebała się radiowozem do parku, a ja na czilu leżałem sobie rozjebany na ławce, gotowy do spania. Na aparacie miałem foty, a w plecaku inne akcesoria, więc postanowiłem spierdalać, by nie mieć problemów. Po drodze wyjebałem sekator i te chuje go znalazły. Straciliśmy ważne narzędzie pracy. Chłopaki z innego miejsca widzieli, jak mnie gonili, ale frajerzy zatrzymali się na jakimś mostku w parku i odpuścili.
Które miasto było najbardziej groźne i mroczne?
Nie wiem, czy można powiedzieć, że któreś z miast było jakoś wybitnie hardcore’owe. Na pewno w każdym było inaczej, ale zawsze najciężej jest w tych największych, bo tam ruch w interesie jest wzmożony. Z innymi miastami często było tak, że jechaliśmy, nie znając lokalesów i po prostu robiliśmy swoje. Później dowiadywaliśmy się, że lokalni tam nie robili, bo uważali, że jest zbyt ciężko. My tam wjeżdżaliśmy w biały dzień, ale ostrożnie. Gdzie bym nie był, zawsze ważne jest przygotowanie do akcji. Sprawdzanie nieznanej miejscówki to nawet dni obczajania. Kiedyś, gdy nie mieliśmy czekera, to robiliśmy na sznurki – pułapka jak u harcerzy (śmiech). Wiązaliśmy go na ścieżce 50 metrów od nas. Przywiązywaliśmy do niego butelki, więc jeśli ktoś je wywracał, to robił hałas.
W którym momencie zorientowałeś się, że twoja ekipa zaczęła robić hałas na ogólnopolskiej scenie?
To, że zaczęliśmy być rozpoznawalni, przyszło samo. Nikt w graffiti raczej nie projektuje swojej kariery (śmiech) – szczególnie w tej jego gałęzi train-streetowej. Gdy zaczęliśmy malować, to nie wiedzieliśmy, czy za dwa lata wciąż będzie nas to kręcić. Samo szło. Z czasem się nakręcaliśmy, kiedy robiło się coraz lepiej stylowo i gdy spotykaliśmy ciekawych ludzi, z którymi mogliśmy malować. U nas to zażarło i przez wiele lat malowaliśmy bardzo intensywnie, co przyniosło nam rozpoznawalność. Ona była ważna, bo pokazała nam, że to, co robiliśmy, było zauważalne i dawało dobry feedback. Do dzisiaj zdarza się, że słyszę dobre słowo o naszych pracach, i to też od ludzi, którzy malowali przed nami.
A co było największą inspiracją dla twojego stylu?
To zawsze miks wszystkiego, czym się nasiąka za młodu. Komiksy, albumy z plakatami w domu, książki o typografii zobaczone u dziadka, okładki płyt winylowych. Nawet nie wiesz, co i kiedy odciśnie piętno w twojej bani. Pierwszy raz graffiti zobaczyłem w Niemczech podczas podróży do mojej matki chrzestnej. Nie wiedziałem, co to za obrazki przy autostradzie, bo to był jakiś 1993 rok, a u nas niczego takiego nie widziałem. Po powrocie zabrałem ojcu srebro do felg i coś pomalowałem na tyle garażu. Powoli, powoli zacząłem w to wchodzić. Zawsze najbardziej jarałem się tym, co dzieje się w Berlinie i w Pradze.
Jak fakt, że ten mistyczny wówczas Zachód mieliście w Zielonej Górze na wyciągnięcie ręki, wpłynął na twój rozwój grafficiarski?
Berlin był dla nas niekończącym się graffzinem. Już od wjazdu na przedmieścia działo się tyle, że nie sposób było tego ogarnąć. Jeździliśmy tam pociągiem i przyklejeni do okien, wyglądaliśmy jak glonojady. Czegoś takiego w Polsce nie sposób było zobaczyć… No i metro, S-Bahny. Bardzo byliśmy podjarani. W lokalnym graffiti shopie robiliśmy zakupy za całą kasę, jaką mieliśmy. Puszkami wypychaliśmy całe plecaki ze stelażem i torby. W tych sklepach półki uginały się od magazynów i VHS-ów. Po powrocie do kraju całymi dniami oglądaliśmy materiały, rozkminialiśmy filmy i szkicowaliśmy projekty.
Jaka jest dziś twoja relacja z graffiti?
To bardzo ważna część mojego życia. Wszystko było podporządkowane tylko temu. Byłem uzależniony od graffiti – cała kasa, czas i uwaga były poświęcone tylko temu. Poznałem wiele ciekawych osób, zwiedziłem trochę świata. Mimo zdecydowanie mniejszej aktywności cały czas mój umysł jest zainfekowany. Sporadycznie zdarza mi się jeszcze wyjść na pociąg czy miasto, żeby było wiadomo, że krew wciąż we mnie krąży (śmiech).
Więcej wywiadów przeczytacie tutaj.