Na zdjęciu Tede i Krzysztof Gajewski. Fotografia pochodzi ze strony skatehistoria.pl
Grzebiąc ostatnio w archiwach polskiego Internetu natrafiłem na nostalgiczną anegdotkę. Akcja działa się w czasach, kiedy hip-hop w Polsce był jeszcze na peryferiach życia społecznego, a każda oryginalna płyta z amerykańskim rapem była towarem deficytowym i gdy ją już ktoś miał, to krążyła z rąk do rąk po całym osiedlu.
Tede dla Dwutygodnika po śmierci MCA: Beasties mieli na mnie kolosalny wpływ, bo to był pierwszy zespół rapowy jaki słyszałem. I to jeszcze w podstawówce, więc konkretnie dawno. Miałem piracką kasetę „License to Ill” i na koloniach namalowałem sobie to logo flamastrem na jeansowej kurtce. Przez długie lata był to mój ulubiony rapowy zespól. W liceum pojechałem na miesiąc do ciotki do Londynu. Tam utleniłem sobie włosy a la Mike D. Układ był prosty – mogłem to zrobić w zamian za rzucenie palenia. To był jedyny raz w życiu kiedy mi się to udało. Z wysp wróciłem triumfalnie z płytą „Ill Communication” na CD. Zaraz po przyjeździe poszedłem z nią do Hybryd i właśnie z mojego egzemplarza Volt grał na imprezie „Sabotage” po raz pierwszy.
Cały tekst znajdziecie tutaj.