Pamiętacie jeszcze zespół Thinkadelic? W czasach, kiedy na polskich osiedlach rządził dresiarski i zbuntowany rap, chłopaki postanowili skręcić w zupełnie inną, muzyczną ścieżkę. Co prawda w ich głośnikach słychać było hardcore’owy rap, ale z chęcią sięgali również po krążki The Pharcyde, Native Tongues czy Milesa Davisa. Łódzcy artyści garściami czerpali z soulu i funku, ich podkłady były bardzo rozbudowane, a w kawałkach słychać było żeńskie wokale od Krystyny Prońko i Reni Jusis. Spinache i Czizz nie spędzali czasu na podglądaniu konkurencji, raczej z odwagą i determinacją podążali w wyznaczonym przez siebie kierunku. Doprowadziło ich to, jeszcze przed wydaniem debiutanckiej płyty, m.in. do Łódzkiego Teatru Wielkiego, gdzie na jednej scenie wystąpili u boku Urbanatora, czyli projektu polskiego skrzypka i saksofonisty jazzowego, Michała Urbaniaka. Oto jak wydarzenie wspomina Spinache.
Spinache:- „W 1997 roku nasz menedżer pokazał Michałowi demówkę Thinkadelic. Urbaniak już po kilku taktach stwierdził, że chce, byśmy z nim wystąpili. Graliśmy na imprezie z okazji wręczenia nagród środowiska jazzowego, tak więc cały teatr wypełniony był ludźmi, którzy raczej nie słuchali hip-hopu. Przed koncertem nie mieliśmy ani jednej próby! Weszliśmy na ostro. (śmiech)” – wspomina dzisiaj Spinache. „Ale to nie był zwykły live band, tylko zespół w dużej mierze złożony z nowojorskich muzyków, który tworzą od dekad i wiedzą, jak to się robi. Wyobraź sobie, że jesteś małolatem, który jednego dnia słucha brzmień zza oceanu, a drugiego ląduje z nimi na jednej scenie! Było to dla mnie ogromne przeżycie”.