zdjęcie znalazło się w filmie Shoot a cop to Kil
Tak jak Francuzi mają swoje „Dirty Handz”, chłopaki z Trójmiasta „Men in Black”, tak samo na południu Polski za graficiarski klasyk uznawana jest produkcja „Shoot a Cop to Kill”. Film w niezależnym obiegu pojawił się w 2003 roku i pokazał malarzom z całego kraju, która ekipa ma pełną kontrolę nad śląskim taborem, przy okazji oddając też skalę destroyu, jaki panował tu w tamtym czasie. Jednym z bohaterów filmu jest Kil z US – ten od charakterystycznych paneli z czaszką, która – jak twierdzi – pojawiała się na jego pracach pod wpływem inspiracji muzyką gitarową. Złapałem się z nim w jego bazie, gdzie w oparach zielonego dymu i dźwiękach płyt winylowych porozmawialiśmy o jego grafficiarskich początkach. A że część wypowiedzi nie nadaje się do publikacji, to już temat na zupełnie inną historię.
Kil z US: Miałem to szczęście, że w latach 80. miałem dostęp do wielu amerykańskich filmów, bo moja ciocia była odpowiedzialna za sprowadzanie ich do katowickich kin. Już jako dzieciak oglądałem więc: „Wejście smoka”, „Rocky’ego”, „Szczęki” czy „Akademię policyjną”. Wtedy oglądanie takich filmów było wydarzeniem na całej ulicy. Spotykaliśmy się kilkoma rodzinami i oglądaliśmy jeden film. Drugiego dnia gospodarzem był ktoś inny. Wspominam o tym, bo myślę, że oglądając właśnie „Akademię policyjną”, po raz pierwszy natrafiłem na graffiti. Nie pamiętam już dokładnie tej sceny, ale przez chwilę pojawił się jakiś obdrapany mur z kolorowym napisem. Kilka lat później sam zacząłem uczyć się malować i robiliśmy to wszyscy najczęściej farbami przemysłowymi, które nadawały się co najwyżej do malowania samochodów albo ogrodzeń. Powiedziałem „wszyscy”, bo wtedy jeden od drugiego się czegoś uczył — pomagaliśmy sobie i wzajemnie się nakręcaliśmy do działania.
Pamiętam taki sklep na ulicy Kościuszki w Katowicach, gdzie trafiały się nawet Beltony. Zacząłem od filmów, więc dodam, że duży wpływ miał na mnie „Wild Style” — szczególnie scena, w której chłopaki kradli farby (śmiech). Uznaliśmy, że też tak będziemy robić, bo czemu nie?! Nie trwało to długo, może z miesiąc — do pierwszego rozliczenia w sklepie. Właściciel się zorientował, co jest grane i skończyły się darmowe puszki. Często bujałem się wtedy z Phyke, którego poznałem na imprezie — dokładnie na… parkiecie (śmiech). Miał do mnie problem, chciał mnie pobić, ale po chwili ten jego problem zniknął i zaczęliśmy normalnie rozmawiać. Wiedziałem, że jest malarzem i raperem — kojarzyłem jego ekipę BW2, którą na początku tworzył z Vanem. Myślę, że nie minęło dużo czasu, zanim powstała ekipa US, do której zostałem dokoptowany. Nie pamiętam konkretnych akcji, ale miło wspominam na przykład nasz wyjazd do Pragi czy przyjazd chłopaków z EWC na Śląsk. Mam w ogóle w domu obrazek Daira, który zrobił dla mnie dawno temu z okazji moich urodzin. Fajne czasy. Myślę, że miałem takie 3–4 aktywne lata w graffiti, kiedy działaliśmy właściwie cały czas — nieważne, czy zima czy lato. Jeśli trzeba było robić, to robiliśmy. Jak tak namówiłeś mnie do wspomnień, to przypomniał mi się teraz zapach jakiegoś lata, typu 2002 i… zapach farb oczywiście (śmiech).