Podkład do „Jeszcze będzie czas” powstał w moim pokoju

fot. okładka debiutanckiej płyty WWO autorstwa Janka Bersza

Zajęło to trochę czasu, ale w końcu udało mi się dotrzeć do Kartona – częstochowskiego producenta, który blisko 30 lat temu stworzył beat do jednego z najbardziej znanych hiphopowych utworów przełomu lat dziewięćdziesiątych i wczesnych dwutysięcznych.

27 lat minęło, stare dzieje, ale coś tam jeszcze pamiętam – napisał mi podczas naszej pierwszej korespondencji, w odpowiedzi na pytanie o możliwość rozmowy w obecności dyktafonu. U mnie zabawa w hip-hop rozpoczęła się około 1995 roku – mówi Karton. – Wtedy zacząłem pisać i nagrywać pierwsze utwory, ale rapowanie szybko porzuciłem na rzecz robienia beatów. Pierwszych producentów (oczywiście niezwiązanych z hip-hopem, tylko z jakimś rock and rollem i dancem) podglądałem w lokalnych studiach nagraniowych. Do momentu współpracy z WWO stworzyłem około 20–30 podkładów, nie więcej.

Sokoła poznałem przez przypadek. Latem 1999 roku pojechałem do pewnej nadmorskiej miejscowości i wieczorem po prostu na niego trafiłem (śmiech). Reszta potoczyła się w zasadzie sama – powiedziałem, że robię muzykę, pogadaliśmy o rapie i… po jakimś czasie przyjechał do Częstochowy zagrać koncert z Zip Składem. Aftery, aftery. Wylądowaliśmy na chacie u moich rodziców na drugim piętrze w klasycznym czteropiętrowym bloku. Odpaliłem komputer, zaprezentowałem kilka swoich podkładów i chłopakom spodobał się mój styl. Jeśli dobrze pamiętam, z Sokołem byli między innymi Koras i Wigor z zespołu Mor W.A. Będąc przelotem w Warszawie, podrzuciłem im taśmę. Odezwali się po kilku tygodniach, że biorą trzy numery. Te bity są dziś znane z utworów: „Jeszcze będzie czas”, „Masz i pomyśl” oraz „Obejrzyj sobie wiadomości”.

Podkłady robiłem oczywiście na komputerze, w którym była karta dźwiękowa Sound Blaster 64 i program FastTracker 2. Od ziomka pożyczyłem kabel jack–jack o długości 10 metrów (śmiech), którym połączyłem komputer z cyfrowym dekoderem typu Canal+, znajdującym się w „dużym” pokoju. Oprócz kanałów telewizyjnych były tam też radiowe, więc samplowałem wszystko jak leci – na żywo, w ciemno. Później, już na spokojnie, siadałem do tej – nazwijmy to – bazy sampli i wybierałem te fragmenty, które najbardziej mi odpowiadały. Taka jest tajemnica tych beatów. Nie siedziałem więc przy gramofonie, nie wyszukiwałem sampli na starych nagraniach ani nic w tym stylu.

Kiedy ukazywała się pierwsza płyta WWO, akurat wyjechałem do pracy do Stanów Zjednoczonych, do Atlanty. Studenckie wymiany, work & travel – ten klimat. Spędziłem za wielką wodą pół roku. Gdy był największy boom na WWO, mnie nie było w kraju, a kiedy wróciłem, byłem w szoku, że to poszło aż tak bardzo. Ich kawałki leciały w Vivie i MTV – wtedy to naprawdę był wyznacznik sukcesu. Z czasem pojawiły się propozycje współpracy, bo przecież robiłem muzykę na drugą płytę WWO, album FU czy krążek GRZ-a z Peel Motyff. Były też rozmowy z Peją w czasach, gdy wydawali z Decksem „Na legalu?”, ale nic z tego nie wyszło. Miałem też zrobić „Z dala od zgiełku”, ale zawaliłem sprawę, bo za bardzo rozgrzebałem kawałek i ostatecznie wyprodukowali go White House. Przyznaję, że w pewnym momencie odstawałem sprzętowo od innych i po prostu zostałem w tyle. W 2008 roku wyprowadziłem się z Polski do Amsterdamu i dziś muzykę robię już tylko dla przyjemności. Bez ciśnienia.