1988: Nie chcę być rzemieślnikiem

fot. Piotr Pytel

„Ring The Alarm” – najnowszy materiał producenta związanego z duetem Syny był idealnym pretekstem do rozmowy. A jej długość idealnie współgra z muzyczną porcją, jaką tym razem postanowił nam podsunąć 1988. 

Jak ważne w twojej muzycznej edukacji były płyty, które ukazywały się na rynku z logiem oficyny Definitive Jux?

W liceum miałem intensywny epizod, w którym jarałem się undergroundowym hip-hopem – tym stojącym w opozycji do tego, co wtedy wychodziło na bieżąco. Napływało do mnie bardzo dużo rzeczy z Big Dada Records, Ninja Tune, Anticon, Stones Throw czy właśnie Definitive Jux. Muszę przyznać, że do wielu płyt z tamtego okresu nie wracam. Company Flow – „Funcrusher Plus” czy ich „Little Johnny from the Hospitul” to rzeczy o brzmieniu i klimacie, który dla mnie wciąż jest aktualny. Aesop Rock szybko mi się znudził, a pojedyncze numery Cannibal Ox czasami zdarza mi się jeszcze zarzucić na głośniki. MF Doom i Madlib to artyści, których słucham nadal. Może dlatego, że ich muzyka w formie i treści nie była aż tak na siłę undergroundową. Ten okres, o który pytasz, z perspektywy czasu odbieram jako taki zastrzyk, ale… chyba szybko mi się to wszystko znudziło. Osłuchałem się w tamtych czasach z muzyką, jaką robił EL-P i pewnie dlatego np. Run The Jewels już do mnie tak nie trafia. Można porównywać moje aktualne rzeczy do muzyki, o której teraz rozmawiamy, ale ja nie czuję w tym momencie żadnego wpływu z ich płyt. Jaram się inną muzyką.

Na pewno wśród tych rzeczy jest muzyka, którą tętnią brytyjskie blokowiska i zakurzone kluby. Co najbardziej pociąga cię w tym brzmieniu?

Wielka Brytania jest moim zdaniem taką matką muzyki basowej. To tam największe wpływy na muzykę współczesną miała kultura soundsystemowa z Jamajki i techniki dubowe. Pociąga mnie też brytyjski chłód, którego nie ma często w muzie ze Stanów Zjednoczonych. Ale to działa w dwie strony, bo obie te sceny się u mnie uzupełniają i obie z taką samą fascynacją eksploruję. Niemniej jednak ja robię polską muzykę, swoją. Mam własne jazdy, ale od zawsze czerpię garściami z różnych kultur i gatunków. Nie ma ograniczeń.

Porozmawiajmy trochę o tej polskiej muzyce. Kto twoim zdaniem definiuje obecnie jej brzmienie?

Amerykanie, paczki brzmień ze Splice i tutoriale z YouTube’a. (śmiech)

Wierzę, że możesz odpowiedzieć na to pytanie bez sarkazmu. (śmiech)

Nie jestem w stanie zdefiniować brzmienia polskiej muzyki. Myślę, że to robota dla historyków muzyki, którzy za jakiś czas będą analizować dekadę. Powstaje u nas dużo zajebistych i świetnie wyprodukowanych produkcji. Ocieramy się momentami o te wymarzone od lat „eksportowe brzmienie” i… to jest super. Zauważyłem, że w ostatnim czasie mainstreamowi artyści lubią rozkradać z patentów tę niszę, muzykę eksperymentalną i poszukującą. Nie mam na myśli tu tylko stricte hiphopowego podziemia. Oczywiście, że to od zawsze było zauważalne, bo w latach 90. artyści popowi czerpali z trip-hopu, drum and bassu, a później z hip-hopu. Tego nigdy nie unikniemy. Jednak teraz, kiedy hip-hop stał się ultra popową, dominującą muzyką, sam ją rozkrada. Mam na myśli wiele aspektów: od tego, jak powstają klipy, okładki, pomysły na siebie, wizerunek, aż po samą muzykę. Wiadomo, że podziemie zawsze było bardziej bezkompromisowe, bo nie wchodziła w grę kasa i walka o poklask – często wręcz stawało do tego w opozycji, co jest dość oczywiste. Bardziej ciekawi mnie to, że mainstream również podejmuje jakieś, bądź co bądź wykalkulowane ryzyko, czerpiąc ze wzorców znanych mi wcześniej z undergroundu. W Stanach to żadna nowość. U nas takie działania dopiero się rozpoczynają, wraz z rosnącą popularnością dobrze doinformowanych producentów wykonawczych. Nie krytykuję tego zjawiska, bo to często prowadzi do ciekawych rozwiązań. Sam słucham muzyki z mainstreamu. Uważam w ogóle, że mamy zajebiste czasy dla muzyki.

Mówisz o eksportowym brzmieniu. Niejednokrotnie producenci twierdzą, że ich muzyka jest na poziomie europejskim. Tylko czy właściwie termin „poziom europejski” czy – nawet – „poziom światowy” coś dzisiaj znaczy? W świecie, w którym większość korzysta z tych samych patentów, paczek i w ten sam sposób używa instrumentów.

Wiadomo, że muzyka i patenty są ogólnodostępne, ale kontekst kulturowy chyba jeszcze nie wymarł i moim zdaniem powinien być pielęgnowany. Nie mówię tu o np. słowiańszczyźnie w twórczości, ale o jakiejś „lokalności”. Nawet jeśli czerpiesz z przykładowo muzyki karaibskiej. Dla mnie ta „eksportowość” muzyki nigdy nie miała znaczenia. Istotne jest, aby wytworzyć swój własny styl i konsekwentnie go rozwijać. Stworzenie swojego unikatowego soundu to rzecz kluczowa, aby twoja muzyka była odbierana dobrze nie tylko w kraju, ale i za granicą. Dostęp do muzyki z całego świata był prawie zawsze, ostatnio jedynie można podejrzeć nieco dokładniej patenty innych. To może zadziałać oczywiście na plus, jeśli masz głowę na karku. Wydaje mi się, że w większości to jednak bezrefleksyjne kopiowanie. Obecnie najbardziej wzięci producenci to tacy, którym pokażesz, co chciałbyś osiągnąć. Wyślesz im kilka referencji, a oni to zrobią. Dla mnie to rzemieślnictwo, a ja nie chcę być rzemieślnikiem. Chcę dawać ludziom coś od siebie.

Kiedy poczułeś, że jesteś na dobrej drodze do tego, by stworzyć swój własny sound? Jak się na to pracuje?

To są etapy. Ja zawsze działam dość intuicyjnie. Nadal nie jestem w stanie trzeźwo spojrzeć na to, co robię. Często zaskakuje mnie, jak wracam do swoich rzeczy choćby sprzed 2 lat, bo zderzam się z tym, że moje wyobrażenia na temat tego, co tworzę, były często inne, niż efekt, jaki uzyskałem. Takie rzeczy można zauważyć dopiero po jakimś czasie. Dla mnie oczywiste jest, że własny styl to wypadkowa wielu rzeczy – tego, czego słuchamy, na kim się wzorujemy, czym się interesujemy i jakie narzędzia sobie dobieramy do uzyskania danego efektu. Ważne jest, żeby cały czas poszerzać horyzonty i słuchać naprawdę wszystkiego, i dobrze to filtrować. Styl nie bierze się znikąd. Zawsze trochę kopiujemy, kradniemy. Tylko sprytni robią to na tyle skutecznie, że tworzą swój unikatowy świat.

JLxedOJg

A jaki jest świat, do którego zapraszasz na nowej EP-ce?

Chyba nie jestem w stanie opisać go słowami, a zwłaszcza w tak krótkim odstępie czasu od jego stworzenia. Na pewno jest to intensywny materiał, odbieram go jako dwudziestominutowy utwór, zamkniętą formę, którą należy wziąć w całości. To, co zrobi ci w bani, zależy od ciebie. Ja niczego nie narzucam.

Ty co miałeś w głowie, tworząc materiał?

W bani miałem chęć zrobienia dobrego gówna, które będzie intensywne w każdym calu. Miałem ochotę na coś bardzo żywego, pulsującego, ale jednocześnie w pewnym sensie wzruszającego i pięknego. Taki piękny alarm, który wyje, woła. Ty, zamiast spierdalać, medytujesz go, chcesz w nim uczestniczyć. Taki syreni śpiew.

Wyczytałem, że tytuł materiału nawiązuje do pewnego wydarzenia, które miało miejsce w jednym z warszawskich klubów…

Alarmy przeciwpożarowe zdarzały się już na synoskich koncertach, czy też na solowych Piernikowskiego, więc nie jest to nic nowego. Wyjątkowy jest za to zbieg okoliczności i może nieco skala tego, co się wydarzyło. Grając na trasie ten materiał, już wcześniej przygotowałem oprawę wizualną, której głównym elementem było czerwone światło, wyjące syreny i duża ilość dymu z wytwornic. Ostatni koncert na trasie odbył się w Pardon, To Tu, który mieści się w biurowcu. Miałem do dyspozycji trzy bardzo wydajne dymiarki. Kluby zawsze są uprzedzane o naszych oprawach koncertowych, wyłączają na czas koncertu czujki w budynku i tak stało się tym razem, jednak okazało się, że coś poszło nie tak i jedna czujka wyłapała dym, co przerwało koncert komunikatem z prośbą o opuszczenie budynku i interwencją straży pożarnej. Ewakuowano budynek, po czym po stwierdzeniu, że wszystko jest ok i czujki są wyłączone, pozwolono mi na kontynuowanie grania, oczywiście zacząłem od intensywnego zadymiania, co niestety po krótkim czasie znów przerwało koncert… który musiałem dokończyć już bez nadużywania wytwornic. Ostatecznie sytuacja ta pozwoliła wykryć poważną usterkę w systemie przeciwpożarowym, więc nie ma tego złego. Ja natomiast postanowiłem, że tytuł musi nawiązać do tego wydarzenia, stąd „Ring The Alarm”.

%d bloggers like this: