Roma: Agresja niestety wpisuje się w charakterystykę naszego regionu

Roma (reprezentujący obecnie ekipę Tip Boys) na grafficiarskiej scenie jest już prawie od 20 lat. Siłą rzeczy na torach i pod kolejką widział niejedno. Sprawdźcie, co tym razem miał mi do powiedzenia.

Co musiałoby się wydarzyć, byś przestał malować kolejki?

To trochę pytanie w stylu mojej mamy: „synu, kiedy ty w końcu zmądrzejesz”? (śmiech) Nie jestem już młody – sił i zdrowia coraz mniej, ale chęci i zajawki mi nie brakuje. W tej chwili są tylko trzy ewentualne powody, które mogłyby spowodować, że przestanę malować: utrata zdrowia, pojawienie się w moim życiu potomka, bądź utrata pracy na dłuższy czas. Ale z drugiej strony, patrząc na niektórych moich znajomych, dochodzę do wniosku, że nie są to bariery nie do przeskoczenia i chyba te powody nie byłyby w stanie wyeliminować mnie z rap gry. (śmiech) W głębi duszy wierzę, że graffiti zostanie ze mną do końca życia. Zmieni się tylko częstotliwość jego uprawiania.

Miewałeś już pewnie momenty, kiedy nie mogłeś malować.

Graffiti to wiele emocji – pozytywnych, ale i negatywnych. Wydaje mi się, że zaangażowany malarz bez możliwości malowania, odczuwa niestety tylko te negatywne. Wiele zależy od tego, co jest powodem braku aktywności. No bo jeśli nie mogę iść na akcję z powodów osobistych, a widzę, że wszystko poszło na niej pomyślnie, to czuję zdrową zazdrość i złość. Staram się, by za często nie dopuszczać do takich sytuacji, gdyż graffiti to dziedzina, która daje mi dużo radości i zawsze poprawia nastrój.

Porozmawiajmy jeszcze o tych emocjach. Jeden z lokalesów powiedział mi niedawno, że bardziej jara go moment, kiedy fotografuje swoje panele niż wtedy, gdy je robi.

Jest w tym dużo prawdy. Fotografia to niezwykłym nośnik emocji. Pozwala utrwalić obraz, a co za tym idzie – uczucia, jakie łączą się z daną chwilą. Myślę, że właśnie dlatego ludzie tak bardzo lubią oglądać zdjęcia. Patrząc na nie, wracają do wspomnień, wydłużając w ten sposób czas odczuwania przyjemnych emocji. Bardzo często zdarzało mi się nie jechać na akcję, tylko dlatego, że wiedziałem, iż nie będę miał czasu, ani nie będzie nikogo, kto mógłby na drugi dzień zrobić foty. Fotografia w graffiti jest czynnikiem dopełniającym, który pozwala zatrzymać czas, a jak wiemy, graffiti kolejkowe jest bardzo nietrwałe, więc jego dokumentowanie jest bardzo ważne. Zgodzę się z tym, że samo polowanie i malowanie kolejek, jest zajebistym, emocjonującym sportem, ale bez dobrych, dziennych zdjęć te dwa czynniki… bledną.

A jakie czynniki sprawiają, że graffiti stało się dla ciebie twardym narkotykiem i jesteś mu wierny przez blisko 20 lat?

Sam nie wiem. Trudne pytanie. Chyba chodzi o ukrytą i podświadomą chęć rywalizacji, ciągłe stawianie sobie nowych i trudniejszych celów i uzależnienie od emocji. Bywały momenty, kiedy działania innych malarzy najbardziej motywowały mnie do pracy. Uważam jednak, że ta rywalizacja zawsze powinna być zdrowa. Nie powinna się opierać na grożeniu innym i zastraszaniu. Szacunek zdobywa się ciężką pracą, a nie kopaniem pod kimś dołków.

Ale to nie zawsze tak wygląda. Co myślisz o agresji w graffiti? Na Górnym Śląsku nigdy jej nie brakowało.

Agresja niestety wpisuje się w charakterystykę naszego regionu. Trzeba przyznać, że jest ona nieodłącznym elementem rywalizacji na Śląsku. Skoro zazdrość towarzyszy graffiti, to agresja towarzyszy zazdrości. Zawsze w głębi duszy bolało mnie, że jest u nas mało zdrowej rywalizacji. Mała liczba spotów i jednocześnie duża ilość aktywnych writerów to mieszanka wybuchowa, która prowadzi do niepotrzebnych konfliktów. Bezsensownych pytań w stylu: „Czemu malujesz z nim”? „Pytałeś, czy możesz tu malować”? – słyszałem już wiele razy. Nie do końca wiem, jak wygląda sytuacja w innych regionach naszego kraju, ale zdecydowanie jest to nasza pięta Achillesa. Boli mnie, że to, co powinno nas łączyć, tak bardzo dzieli.

Powinno łączyć?

Tak. Graffiti ze swojej natury jest bardzo egoistyczne, ale na początku, kiedy na Śląsku nie było jeszcze wielu aktywnych malarzy, było trochę inaczej – graffiti łączyło ludzi. Może chodzi też o to, że wierzę w ideały i w to, że „nie trzeba komuś zabierać, by dodawać sobie”. Wolałbym, by każdy skupił się na działaniu, a nie wykręcaniu afer i zastraszaniu ludzi. Z czasem skumałem, by traktować innych tak, jak oni traktują mnie. Nie słuchałam już też cudzych opinii i nie wierzę w te wszystkie zazdrosne gadki. Dla mnie najważniejszy jest drugi człowiek. Nie interesuję mnie, komu kibicujesz, jakie piszesz litery i jaki masz styl. Oceniam ludzi po czynach.

Ty zawsze byłeś w porządku w stosunku do innych writerów?

Na pewno starałem się grać fair wobec nich. Czasami byłem dla niektórych zbyt dobry, a oni chętnie to wykorzystywali. Dzieliłem się spotami z tymi, którzy dzieli się ze mną. Nigdy nikomu nie groziłem, nie kreśliłem cudzych prac – nawet jeśli inni kreślili moje. Nie rościłem sobie praw do miejscówek, a niektórzy robią to cały czas. Zawsze pozwalałem im na nocleg w moim domu, nawet jeśli trwało to bardzo długo. Raz zdarzyło mi się jednego gościa odesłać do domu z – nazwijmy to – troski o jego zdrowie. Oczywiście zostało to błędnie odczytane i niektórzy uznali to za atak. Nie mówię malarzom, jak mają postępować i co mają robić. Nie mam sobie nic większego do zarzucenia.

Odczułeś kiedyś, że ktoś cię inaczej traktuje, bo nie jesteś z Katowic? Umówmy się: znajomości Śląsko-Dąbrowskie do dzisiaj nie są wzorowe…

To akurat w dużej mierze wynika niestety z animozji kibicowskich i napiętych relacji kibiców Zagłębia Sosnowiec z innymi drużynami z Górnego Śląska. Nie ma co ukrywać, że wielu liczących się malarzy jest także fanami lokalnych drużyn, co niestety przekłada się na wzajemne relacje w środowisku grafficiarzy. Do tego należy dołożyć odwieczną niechęć na linii „hanysy” vs „gorole”. Na szczęście mądrzejsi ludzie wiedzą, że ta niechęć jest totalnie bez sensu i nie prowadzi do niczego dobrego. Ja zawsze uważałem, że nie ważne jest to, skąd malarze pochodzą i jakiej drużynie kibicują.

Ale akurat twoje relacje z ludźmi z Katowic nie są chyba najgorsze. Reprezentujesz w końcu  katowicką ekipę TIP Boys. Jak poznałeś chłopaków?

Poznanie Tipów zawdzięczam Oliemu, z którym kiedyś pracowałem. On przedstawił mi chłopaków. Nasza znajomość zacieśniała się coraz bardziej podczas wspólnych wypadów na kolejki i chyba w sposób naturalny dołączyłem do ekipy, opuszczając jednocześnie szeregi poprzedniej grupy. „Człowiek jest człowiekiem, nie literami”! – te słowa chyba najlepiej oddają relacje, w jakich opuściłem poprzednią brygadę. W Tipach bardzo doceniam, że są bezproblemowi i tolerancyjni. Tutaj nie ma miejsca, na jakieś bzdury pod tytułem: „ty jesteś z Sosnowca, a my z Katowic”. (śmiech)

Zmieńmy nieco temat. Do jakich państw w ostatnim czasie cię wywiało?

W tym roku odwiedziłem: Słowenię, Słowację, Czechy, Francję, Niemcy i Szwajcarię. Oczywiście nie brakowało tam ciekawych sytuacji. W głowie utkwiły mi dwie. Pierwsza dotyczy Francji, gdzie złapali czekera. Po jego dokładnym sprawdzeniu wjechali na metę z gazami do tłumienia zamieszek. Na szczęście ich wjazd obserwowaliśmy z perspektywy samochodu. Gdybyśmy zostali tam pięć minut dłużej, to byłoby po nas. Choć widok nerwowo biegających policjantów, w poszukiwaniu sprawców, od miejsca do miejsca, zostanie ze mną pewnie na jakiś czas. Śmieszna sytuacja miała miejsce na Słowacji. Po udanej akcji zostaliśmy zatrzymani, kilkanaście metrów od spotu, przez policję przy robieniu zdjęć. Do dziś chce mi się śmiać z naszego głupiego tłumaczenia, min policjantów i ochroniarza, który akurat spał w aucie. Na pytanie, co robiliśmy pod kolejką, odpowiedzieliśmy, że szukaliśmy psa… Uwierzyli. (śmiech)

To chyba niejedyna ciekawa sytuacja, jaka cię ostatnio spotkała.

Na szczęście przez te wszystkie lata nie miałem zbyt wielu nieprzyjemnych sytuacji związanych z malowaniem, ale zdarzały się i takie. Kiedyś kończyliśmy już obrazek, gdy przyszła do nas jakaś kobieta i zaczęła nam mówić, że tak się nie robi. Po chwili dodała, że policja jest już w drodze. Zaczęliśmy się więc oddalać z miejsca. Jak się później okazało… mogłem wybrać inną drogę ewakuacji. Wybiegłem na drogę i od razu trafiłem na policyjnego busa na sygnale, który zmierzał w moim kierunku i dwóch policjantów na rowerach. Do dziś chce mi się śmiać, gdy przypomnę sobie policjanta pedałującego jedną nogą, a drugą… kopiącego mnie. (śmiech) Akcja jak z filmu „Pacific Blue”. Nie jestem typem sportowca, a ciężko też uciekać przed rowerzystą na…ścieżce rowerowej, więc po krótkim pościgu zostałem złapany. Okazało się, że od samego początku byliśmy obserwowani przez foto pułapkę, a kobieta, która do nas podeszła, była SOK-istką po cywilu. Z perspektywy czasu nie mieści mi się w głowie, że do tak błahej sprawy, jak pomazanie pociągu, zaangażowanych zostało tyle osób.

DSC_0104

%d bloggers like this: