Pierwszy polski wywiad z Big K.R.I.T.-em

Dziś będzie o spełnianiu marzeń, ale nie moich… Oddaje głos mojemu dzisiejszemu gościowi, Marcinowi Natali: Jak napisał mój brat Mateusz, „W dziennikarstwie muzycznym dużo fajniejsze od głośnych klikalnych tematów jest realizowanie własnych zajawek i pisanie o rzeczach, które nijak nie są obliczone na zasięg”. Czysta prawda, nie mógłbym się z tym nie zgodzić. Słowa te napisał natomiast po tym, jak udało mi się spełnić jedno z moich największych muzyczno-dziennikarskich marzeń od lat – czyli przeprowadzić szczerą, swobodną rozmowę/wywiad z Big K.R.I.T.’em – jednym z moich ulubionych artystów hiphopowych i ulubieńcem począwszy już od roku 2010!

Nie tylko miałem okazję dokładnie przepytać go o nową, wydaną w moje urodziny (!) płytę K.R.I.T. Iz Here, ale też powiedzieć mu, ile jego muzyka znaczyła dla mnie przez lata – i ile wciąż znaczy. W dzisiejszych czasach, kiedy muzyka często traktowana jest jak fast food a miernikiem sukcesu artystów są abstrakcyjne czasem wręcz liczby odsłuchów i wyświetleń, mam wrażenie, że wyjątkowo ważna jest interakcja artystów z fanami – sprowadzająca ich często na ziemię i pokazująca, kto kryje się za tymi liczbami i matematycznymi statystykami. Interakcja dająca im do zrozumienia, że ich twórczość jest doceniana. Pierwszych kilka minut mojej rozmowy z MC i producentem z Missisipi zdominowała właśnie moja chęć pokazania mu, że jest doceniany – a K.R.I.T. już od samego początku potwierdził to, co czułem od dawna – że jest niesamowitym, bardzo poczciwym i pozytywnym gościem tętniącym zajawką i pełnym pozytywnej energii.

Słyszeliście kiedyś to powiedzenie „Never meet your idols”? Większej bzdury nie słyszałem. Gdybym wyznawał tę zasadę, w życiu nie odważyłbym się odezwać do managementu Big K.R.I.T.’a z nadzieją, że może uda się zdzwonić z nim na video call i porozmawiać. A przecież często takie rozmowy są bardziej niezręczne niż spotkania po raz pierwszy twarzą w twarz. W życiu też nie odważyłbym się zrobić wywiadu z DJ’em Jazzy Jeffem cztery lata temu – jednym z moich idoli od kiedy tylko zacząłem słuchać rapu w wieku 10 lat – a i tamto spotkanie okazało się jednym z najwspanialszych doświadczeń na mojej dziennikarsko-muzycznej drodze.

No ale wracając do rozmowy z Królem Zapamiętanym w Czasie (akronim K.R.I.T. to właśnie King Remembered In Time) – obyło się bez żadnych niezręczności, nie wyczułem nawet za grosz dystansu. Od pierwszej minuty, kiedy tylko K.R.I.T. zobaczył za moimi plecami klasyczną kurteczkę Chicago Bulls z sezonu 1992-93, złapaliśmy wspólny lot i zaczęliśmy nadawać na tych samych falach. Jego reakcje na to, gdy opowiadałem mu o tym, jak jego muzyka towarzyszyła najróżniejszym momentom w moim życiu – od chwil rodem z „Third Eye” po te z „Red Eye” – były wręcz bezcenne. Szczery, niewymuszony śmiech i fakt, że autentycznie sam K.R.I.T. wydawał się zajarany wieloma pytaniami i wątkami sprawiły, że doświadczenie to przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

A jakie były te oczekiwania? Szczerze mówiąc to obejrzałem tyle wywiadów z nim, że spodziewałem się, że będzie pozytywnie – ba, mogłem się o to założyć – no ale nie przypuszczałbym, że będę miał wrażenie, jakbym gadał z dobrym ziomkiem! Do tego stopnia, że z dogadanych z managementem 20-30 minut rozmowa przeciągnęła nam się do 45 minut, a na koniec K.R.I.T. zaproponował, że jak będzie w Europie to musimy znów zrobić wywiad i pogadać o tym, co wydarzyło się w międzyczasie. Deal? Deal! Po czym chwilę po rozmowie napisał mi w wiadomości prywatnej „Dziękuję za cierpliwość, bracie, oraz za świetne pytania. Stay blessed!”. No KRÓL. Mój brat przekomarzał się ze mną, że już większym psychofanem (oczywiście mówiąc żartobliwie) Big K.R.I.T.’a niż ja być się nie da – no po tej rozmowie chyba jednak stwierdzam, że da się. Poziom zajawki wystrzelił wprost na szczyt Mt. Olympus i jest to fajne uczucie, bo daje ogromny zastrzyk energii i kopa do dalszego działania.

Nie chcę prawić tutaj kazań, ale zataczając koło zakończę tak – jeśli będziecie mieli kiedyś okazję porozmawiać ze swoim idolem, odważcie się. Oczywiście zawsze istnieje pewien procent prawdopodobieństwa, że spotka was zawód, ale uczucie spełniającego się marzenia jest warte tego ryzyka. A żeby wysłać dalej w świat jeszcze więcej motywacji, przytoczę dwa wersy kończące mój ulubiony numer na K.R.I.T. Iz Here, niezwykle klimatyczne „Everytime”: If I compete with me, there’s no second place. If I compete with me, there’s no loss to take Everytime”.

%d bloggers like this: