Plash: „Pozostaję poza linią, którą wyznacza nam władza i społeczeństwo”

Zdjęcia: Gniewko Głogowski

Marcin Przeplasko vel Plash to osoba, z którą rozmowy zawsze obfitują w wiele ciekawych historii i mocnych, dosadnych słów. Nie inaczej było tym razem, gdy zdecydowaliśmy się porozmawiać przy okazji premiery jego najnowszego projektu – Out of line. Jest o: nagraniu „Tribute to The Pharcyde”, modzie na J Dille, „ulicznych ankietach”, po których trzeba było oddać… t-shirt, decyzji o niepodejmowaniu współpracy z polskimi raperami, czy numerze, który powstał po strzelaninie w Orlando. Na początek jednak o czymś innym.

Rozmawiamy przy okazji premiery twojego najmłodszego dziecka – Out of line. Grzechem jednak byłoby, nie pogawędzić o innym arcyciekawym projekcie, Flue. Jak krążek został przyjęty w środowisku hip-hopowym?

Płyta Influence została bardzo dobrze przyjęta przez słuchaczy. Krążek doceniony został nie tylko w środowisku hip-hopowym – trafił znacznie szerzej, co nas oczywiście strasznie cieszy. Koncertowaliśmy z materiałem na imprezach breakowych, ale też na festiwalach jazzowych. Z perspektywy czasu mogę śmiało powiedzieć, że jesteśmy zadowoleni z płyty i odbioru, jaki ją spotkał. Zdradzę ci, że powoli przymierzamy się do kolejnego krążka, kilka numerów jest już nawet skończonych.

Dochodziły do was komentarze od ludzi spoza Polski?

Tak, jak najbardziej. Wysyłaliśmy sporo płyt za granicę naszego kraju. Zagraliśmy także na kilku zagranicznych imprezach, m.in. na wspomnianym wcześniej festiwalu jazzowym na Litwie oraz kilkakrotnie na jednym z największych międzynarodowych festiwali breakowych w Europie, czyli Outbreak Europe w Bańskiej Bystrycy na Słowacji. Zapewne sporo dał nam tribute zrobiony dla ekipy The Pharcyde i J Dilli. Pharcyde kilka razy pokazywali ten materiał u siebie na stronie, dzięki czemu dowiedzieli się o nas słuchacze z całej ziemi. Nierzadko gram numery z Influence na zawodach breakowych i ludzie często o nie podpytują. Takie sytuacje spotykają mnie zarówno w Polsce, jak i w całej Europie. B-boye i B-girls z całego świata kojarzą już nasz zespół. Podsumowując – nie jest źle z rozpoznawalnością Flue na świecie.

Jak wyglądała praca nad tributem? Mieliście okazję porozmawiać z chłopakami z The Pharcyde o tym nagraniu?

Na pomysł projektu „Tribute to The Pharcyde” wpadliśmy wraz z klawiszowcem Flue, Bolanem. Obaj jesteśmy ogromnymi fanami dorobku The Pharcyde i Jay Dee. Czuliśmy, że musimy wykonać w ich stronę taki ukłon. Nie ukrywam, że praca była dość ciężka, bo tribute zagrany był na żywo. Próby trwały kilka miesięcy. Materiał (wspierała nas sekcja dęta oraz smyczkowa) zarejestrowaliśmy w teatrze Łaźnia Nowa w Nowej Hucie. Tutaj naprawdę ogromne podziękowania dla Zigiego, który to wszystko mistrzowsko ogarnął. Po kilku podejściach udało się, a efekt możecie sprawdzić sami. Co do rozmowy z Pharcyde. Miałem przyjemność chwilę z nimi rozmawiać, ale to było na parę lat temu, jeszcze przed pomysłem na projekt. Po premierze wymieniliśmy tylko kilka zdań w sieci.

Są plany na kolejne tributy? Jaką ekipę chętnie wziąłbyś na warsztat?

Jasne, że są takie plany! Jest sporo ekip, którym chcielibyśmy oddać szacunek w ten sposób. Jednak na ten moment nie chcę niczego zdradzać. Czas pokaże, jakie pomysły wpadną nam do głowy.

Podkreślasz, że „Tribute to The Pharcyde” to ukłon nie tylko w stronę legendarnego zespołu z Zachodniego Wybrzeża, ale również w kierunku Jay Dee. Wiele osób w naszym kraju niemalże ubóstwia tego producenta, ale czasami mam wrażenie, że chyba sami nie wiedzą dlaczego.

Rzeczywiście, przez pewien czas była taka trochę moda na niego. Zdarzało się, że część „wielkich” fanów J Dilli nie znała np. muzyki od Slum Village, jednocześnie nosząc koszulki z napisem „J Dilla Changed My Life”. O, przypomniała mi się teraz jedna rzecz – jak byłem małolatem, to łapano chłopaków w koszulkach jakiegoś zespołu i musiałeś z miejsca wymienić skład ekipy i ich dyskografię. Jeśli nie potrafiłeś odpowiedzieć… traciłeś t-shirt. Naprawdę takie akcje miały miejsce. Naturalnie nie namawiam do takich zachowań (śmiech). Prawda jest taka, że ja też wielu rzeczy nie wiem i cały czas się uczę, ale nie noszę się z czymś, o czym mam małe pojęcie, tylko dlatego, że taka jest akurat moda. To naturalnie moje podejście do tematu, nikomu go nie narzucam. Wracając do tematu – Jay Dee był wyjątkowym artystą z własnym, niepowtarzalnym stylem, co nie oznacza, że wszystkiego produkcję, które wyszły spod jego rąk mi podchodzą. Jeszcze bardziej doceniłem jego pracę, gdy sam zacząłem zajmować się robieniem bitów. Wiesz, znajdywałem jakąś płytę z oryginalnym kawałkiem, który Dilla samplował i byłem w szoku, jak genialnie potrafił ciąć dźwięki. Miał niesamowite ucho do sampli, ale to, co robił z bębnami, było po prostu magiczne. Tak zagrać bębny… masakra! Ekipa producencka The Ummah, w której oprócz J Dilli był Q-Tip oraz Ali Shaheed Muhmamad z A Tribe Called Quest, zamiotła mnie produkując tak świetne albumy jak: Beats Rhymes and Life czy The Love Movement. To nie ich jedyne kultowe rzeczy, ale akurat te dwa krążki nie wychodziły z mojego walkmana przez naprawdę długi czas. Było to wówczas dla mnie coś świeżego, bo lubowałem się wtedy w mocniejszym, nowojorskim brzmieniu.

„Uliczne ankiety” (śmiech), o których wspomniałeś były chyba częściej przeprowadzane na naszych ulicach. Pamiętam, jak dawno temu mówił o nich w wywiadzie jeden ze znaczących raperów z Poznania. Z tym że on był… „ankieterem” (śmiech). Przeszkadza ci, że dziś świadomość ludzi słuchających hip-hopu jest dużo mniejsza?

Ogólnie przeszkadza mi mniejsza świadomość ludzi. Tu nie chodzi nawet o muzykę, a podstawowe aspekty życia – jemy byle co, zażywamy dziwne leki, relacje między ludzkie wyglądają… różnie etc. Wygodniej jest przecież żyć w nieświadomości. Rośnie nam pokolenie egocentryków i narcyzów. Dziś ludzie przerzucają swoje emocje i życie w świat wirtualny, który tak naprawdę jest pustką. Nie chcę generalizować, bo jeśli rozsądnie korzystamy z internetu to, staje się on ogromną dawką wiedzy, którą można wykorzystać w prawdziwym życiu. Moje podejście jest takie: żeby coś dobrze robić, a przede wszystkim zrozumieć, trzeba znać tego korzenie. Nie mówię tu o tym, by być chodzącą encyklopedią muzyki, ale samo zainteresowanie i zgłębianie tematu, to już coś, co da nam dużą świadomość. Byłeś u mnie w mieszkaniu i widziałeś, że na półce leżą książki będące biografiami różnych muzyków. Dla mnie jest to wiedza z pierwszej ręki. Kiedyś wszyscy byliśmy głodni wiedzy, bo było o nią ciężko, a teraz wszystko jest na wyciągnięcie ręki, i co? Wyciąga tę rękę niewielu. B-boye i B-girls to np. osoby, które strasznie chłoną wiedze, lubią podróżować i zdobywać nowe doświadczenia. Rap poszedł mocno w stronę popu. Portale muzyczne przypominają mi pudelka, a wyświetlenia to dziś wyznacznik jakości. Teksty w większości numerów są o niczym albo żenują od pierwszych słów, co z tego, że jest to dobrze nawinięte technicznie. Dzieciaki łykają każdy farmazon wymyślony przez raperów, utożsamiają się z nimi, no i biznes się kręci. Co z tego wyniknie? Nie wiem, ale trochę mnie to wszystko przeraża. Ja na pewno dalej będę robił swoje.

Wydaję mi się, że nieświadomy słuchacz to akurat minimalny procent twoich odbiorców. Wątpię, że przypadkowe osoby sięgają po twoje nagrania.

Nie do końca wiem, kto sięga po moje płyty. Ok, widzę czasem jakieś oznaczenia na portalach społecznościowych, dostaję wiadomości z pozytywnymi słowami – to cieszy. Bardzo dużo kopii Out of line poszło do Japonii, Stanów Zjednoczonych, Rosji, Niemiec, Hiszpanii, Norwegii, Irlandii, Anglii, czy na Ukrainę. Wiadomo, że muzyka, którą tworzę, nie jest strasznie popularna, ale ma to swój urok. Chciałem jeszcze na chwilę wrócić do świadomości, o której rozmawialiśmy przed chwilą. Stary, ja nigdy nikogo nie pouczałem, nie mówiłem, jak ma żyć, bo sam popełniam w cholerę błędów i się na nich uczę. Ciągle dowiaduję się czegoś nowego, szukam, czytam, staram się słuchać doświadczeń innych. Widzę też, ile złych rzeczy wpaja się ludziom od dziecka. Mogę śmiało powiedzieć, że przeżyłem dość dużo i zebrałem sporo doświadczenia – tego dobrego, jak i złego. Dzisiaj staram się być po prostu dobrym człowiekiem. Wiele razy słyszałem, że muzyka ma bawić, a nie dołować. To zależy chyba od punktu widzenia. Czasem dobrze się czuję, słuchając mocniejszych rzeczy z ostrym przekazem, a innego dnia mam ochotę na funk, albo muzykę filmową. To jest właśnie w tym wszystkim najpiękniejsze. Momentami trzeba wypluć z siebie szczerze syf, ostrzec przed czymś, czy kogoś podbudować. Można zrobić również coś spokojniejszego, wesołego. Muzyka jest strasznie osobistą rzeczą. Wiesz, jeśli będzie słuchała mnie tylko garstka osób, to i tak nadal będę to wszystko robił. Całe szczęście jest sporo ludzi, którzy się z tym utożsamiają i to w pełni rozumieją. Zdaje sobie sprawę, że istnieją dużo ludzi, do których nie trafiam – ok. Na pewno nie mam zamiaru niczego udawać ani robić czegoś na siłę. Dużo ciekawych i wylewnych tekstów usłyszycie na płycie mojego zespołu Wu-Hae. Powiem dosadnie – naprawdę wyrzygaliśmy z siebie sporo (śmiech).

Chciałbyś w jakikolwiek sposób rozwinąć cytat, który zawarłeś w rozkładówce wydania? („Live the life you want to live by crossing the line… invisible line artificially made by society, government, systems and mainstream trands” – red).

Rodzimy się, dostajemy numer, wyznanie i plan na życie, którego wypada nam się trzymać. Władza, media, jak i nacisk społeczeństwa mówią nam w dużej mierze, jak mamy żyć. W reklamach znajdziemy już tabletki na absolutnie wszystko. Przestajemy żyć własnym życiem, bo boimy się oceny i krytyki. Zamykamy się w sobie, przestajemy marzyć, a z wiekiem oddalamy się od marzeń coraz bardziej. Ja od dziecka byłem trochę inny niż moi rówieśnicy. Czerpałem wzorce od innych – oczywiście także te złe, ale wiem, że wszystkie były mi potrzebne. Dziś niczego nie żałuję, nawet złych rzeczy. Nie mam wpływu na to, co było, jak i na to, co będzie. Mogę jedynie wyciągnąć wnioski, by nie popełniać dwa razy tych samych błędów. Czasem to wychodzi, a czasem nie. Dalej zdarza mi się robić głupoty. Z czasem nauczyłem się słuchać swojego wnętrza, intuicji i sumienia, a te rzeczy są moim świetnym doradcą. Nie nauczyłem się tego w szkole, nauczyłem się tego, żyjąc i nieraz upadając. Nie mędrkuje, bo nie jestem idealny, ale po prostu cieszę się z każdego dnia swojego życia. Znalazłem swój sposób na życie, bo nikt go za mnie nie przeżyje. „Pozostań sobą, bo wszyscy inni są już zajęci” – to bardzo fajne słowa. Nie mówiłbym ci tego wszystkiego, gdybym nie wyszedł za tę niewidzialną linię. Czasem na przekór wszystkiemu, zwłaszcza w tym kraju. Nie robię z siebie wielkiego buntownika, który totalnie olewa system, bo całkowicie nie da się go olać, ale można mieć otwartą głowę i swoje spojrzenie na świat, jak i wartości, których nikt ci nie zabierze. Dlatego pozostaję poza linią, którą wyznacza nam władza i społeczeństwo. To moje życie.

Na okładce płyty prezentujesz zdjęcie „Superjednostki” (jeden z największych budynków mieszkalnych w Polsce, usytuowany w centrum Katowic – red). Co cię do tego skłoniło? Pytam, bo wiem, że w kwestii detali jesteś idealistą i dbasz o każdy szczegół – żaden motyw na twoich okładkach nie pojawia się przypadkowo.

Jakiś czas temu przeprowadziłem się do Żor. Kończąc prace nad płytą, bardzo często przesłuchiwałem materiał, siedząc przy tym bloku, bo mam tam przesiadkę. Blok w pewnym momencie spójnie i naturalnie zaczął kojarzyć mi się z płytą. Patrząc na niego, wiele rzeczy wpadało mi do głowy. „Superjednostka” robi wrażenie – to ogromny budynek mieszczący sporo ludzi. Takie skupisko, w którym każdy z mieszkańców ma swoje historie, życie i sprawy.

Ta przeprowadzka wpłynęła jakkolwiek na twoje muzyczne życie? Są producenci, którzy mają niemały problem, by zaaklimatyzować się w nowym lokum.

Zmiana miejsca na pewno wpłynęła na moje muzyczne życie, ale tylko w pozytywny sposób. Mniej więcej połowę materiału zrobiłem w Krakowie, a drugą już w Żorach – stąd przejazdy, przesiadki i słuchanie płyty pod „Superjednostką”. Nie miałem problemu z zaaklimatyzowaniem się, wręcz przeciwnie. Zmiana miejsca i zakup SP 1200, bardzo pomogła mi w skończeniu płyty. Szybko uwiłem sobie miejsce do tworzenia. Najgorzej było z przetransportowaniem tych wszystkich płyt – wnoś kilka tysięcy winyli na czwarte piętko w bloku bez windy, sąsiedzi zwariowali (śmiech). Bardzo lubię Żory i klimat, jaki panuje na Śląsku, ale zawsze będę z Nowej Huty!

Na Out of line – podobnie jak na Isolation – postanowiłeś nie podejmować współpracy z polskimi raperami. Skąd taka decyzja?

Nie wiążę się z tą decyzją, jakaś głębsza historia. Od zawsze wolałem rap brzmiący w języku angielskim. Rap w takim wydaniu może trafić do większej liczby ludzi. No i po trzecie – polski rap moim zdaniem spada na łeb. To, co dzieje się dziś na scenie, to w zdecydowanej większości tragedia. Na szczęście jest kilka osób, które trzymają to wszystko odpowiednio i dzięki nim, rap jeszcze całkowicie nie jebnął o ziemię. Widząc niektóre klipy, słuchając niektórych tekstów, miałem wrażenie, że to żarty. Okazuje się, że nie, to dzieje się naprawdę! Z rodzimym rapem jest mi raczej nie po drodze. Oczywiście jestem otwarty i nie pakuję wszystkich do jednego worka. Są raperzy, którzy nie gonią za modą, ale wciąż szukają nowych rozwiązań i inspiracji – szacunek.

A odwracając pytanie – skąd dobór takich, a nie innych gości?

Zacznę od numeru z E-Turn. Pewnego dnia odezwała się do mnie na Facebooku, że jest w Krakowie, słyszała moją muzykę i zapytała – czy da radę się ustawić. Spotkaliśmy się i od razu załapało. Jest to świetna i utalentowana kobieta. Posiedzieliśmy u mnie, pogrzebaliśmy w bitach, poszliśmy na próbę Flue, a na koniec wpadliśmy na jam do krakowskiego Harrisa, na którym E-Turn wystąpiła na scenie. Ludzie po jej występie zbierali szczęki z podłogi. Nie dość, że świetnie rapuje, to równie świetnie śpiewa. Kawałek „Give it up” powstał po jednej ze strzelanin w Orlando. Pamiętam, że była mocno przybita całą sytuacją, bo w strzelaninie ucierpiał chyba jej znajomy. Zaproponowałem, by wyrzuciła z siebie smutek i złość na bit, który jej podesłałem. Tak też zrobiła.

„No More Lies” z Jamalskim powstało po naszym spotkaniu w studio, kiedy freestyle’ował pod ten bit. Bez problemu zaakceptował temat, który mu podrzuciłem. Od razu złapaliśmy świetny kontakt, który utrzymujemy do dzisiaj. Dla mnie jest to wyjątkowa współpraca, bo pamiętam kawałki Jamalskiego – reprezentanta Boogie Down Productions i Rock Steady Crew – z czasów młodzieńczych. Lubiłem tańczyć przy jego numerach, zwłaszcza przy jednym, który puścił mi lata temu Urwis – „Piece of Reality”. Napisał w nim tekst, w którym totalnie jechał po władzy w Stanach, a bit jest morderczy. Nasze wspólne dzieło powstało kilka lat temu. Od tego czasu Jamal wprowadził w nim kilka zmian, co wyszło na duży plus.

„Masterful” – bardzo żałuję, że nie miałem okazji poznać osobiście Malev’a, bo czuję, że gawędzilibyśmy o muzyce godzinami. Pomysł na współpracę padł po zrobieniu bitu – momentalnie przyszedł mi do głowy Malev, nie słyszałem nikogo innego na tym bicie.. Wcześniej pisaliśmy i wiedziałem, że lubi słuchać mojej poprzedniej płyty „Isolation”. Dlatego bez problemu zgodził się dograć. Rewelacyjny partner do współpracy – pełna profeska, pokora i szacunek. Chętnie wybiorę się do niego, przy okazji kolejnej płyty. Mam nadzieję, że to się uda.

Numer „Noble Warfare”, na którym goszczę Hubbsa, powstał w dość naturalny sposób. Po zrobieniu bitu uznałem, że Hubbs to osoba, która idealnie się na nim odnajdzie. Zapamiętałem go z rewelacyjnego tracku z Git Beats – „Git Craft”, który totalnie rozwalił mi łeb, gdy tylko na niego trafiłem w 2012 roku. Od razu postanowiłem zamówić siódemkę i… bardzo długo nie przychodziła. Po kilku miesiącach napisałem do Git Beats’a i po rozmowie wysłał mi test press! Jest to jedna z najcenniejszych płyt, jakie posiadam w domu. Dodam jeszcze, że do paczki dorzucił mi oryginalną naklejkę promującą „Illmatic” Nasa oraz ulotkę promującą pierwszy krążek Mobb Deep! Takie bonusy to ja rozumiem.

Każdy z gości zrobił świetną robotę, jestem im bardzo za to wdzięczny. Nie mogę pominąć Eproma, który czuwał nad brzmieniem całości i odpowiednio wczuł się w materiał. Wzorowa współpraca! Podobnie przebiegła praca z Nawerem – gościem, który stworzył rewelacyjną okładkę. Muszę podziękować też Gniewkowi za zdjęcia, Chuchowi za klipy i Tomkowi z Intruzowa za ogromne wsparcie! Jak widzisz Out Of Line to nie tylko ja, ale też osoby, które mam wokół siebie. Jestem mega wdzięczny, że mogę się otaczać takimi ludźmi. Płyta schodzi w bardzo szybkim tempie i chylę czoła każdej osobie, która mnie wsparła, kupując ten materiał. Wy też jesteście częścią tej płyty, bo gdyby nie wy, nie mógłbym robić kolejnych projektów. Szacunek!

plash lp (44 of 102)

Leave a comment

%d bloggers like this: