Wywiad: Wawson

Wawson wydał w ubiegłym roku krążek „Widok ze szczytu bloków”, który – moim zdaniem – przeszedł zupełnie bez echa. Przyznam, że trochę mnie to dziwi, bo materiał w całości wyprodukował Ostry – a wszyscy dobrze wiedzą, jak ludzie reagują na jego ksywę. Jednak nie rozmawialiśmy tylko o ubiegłorocznej epce. Jest także o kolejnym, solowym albumie warszawskiego rapera, czeskim piwie i… papierosach Marco Polo.

Jak właściwie poznaliście się z Ostrym?

Ostrego poznałem u siebie pod blokiem na osiedlu (śmiech). To było chyba w 2012 roku. Pamiętam, że siedziałem pewnego dnia na chacie i pisałem zwrotki na pewien jungle’owy projekt, strasznie mi nie szło. Poszedłem na stację po fajki. Stoję i palę na chodniku przed własnym blokiem, a tu na mojej wysokości na ulicy zatrzymuje się samochód. Szyba opada w dół, na miejscu pasażera siedzi Ostry, a za kierownicą Diox mówiący do mnie – „Siema”. Wymieniliśmy z Adamem uprzejmości. Pamiętam, że byłem wtedy w mega szoku (śmiech). Rok później – na koncercie w Opolu w Narodowym Centrum Polskiej Piosenki spotkaliśmy się po raz drugi. Był tam pokój przerobiony na backstage, w którym każdy palił szlugi – można sobie wyobrazić, jak było tam bardzo nadymione. Pod ścianą stał stół, a na nim MPC-tka, z której O.S.T.R. puszczał bity. Kręciło się tam z dwadzieścia osób. Zaraz po naszym „wbiciu” Sensi zaczął rapować Hadesowi jakieś zwrotki ze swojej płyty „Full Flavour”. Pamiętam, że zapytał go wówczas czy dogra mu się na krążek. Zdecydowanie był tam hip-hop (śmiech).

Nieźle! Klimat jak na dobrej nowojorskiej imprezie w latach 90. Już w Opolu zagaiłeś do niego o jakieś podkłady czy tylko nawijałeś pod muzykę, która puszcza?

No co ty. Nie dość, że nie nawijałem to nawet zbytnio z nim nie rozmawiałem. Jestem typem obserwatora, więc raczej patrzę na to, co dzieję się wokół mnie, no i… kultywuję melanż (śmiech). Pamiętam, że spaliłem tam mnóstwo szlugów. W międzyczasie zagrałem z Sugharem i DJ-em Kebsem koncert, a potem pewnie jakoś kręciłem się po miejscówce. Od Ostrego ciągle ktoś coś chciał, a tam trzeba było skupić się na robocie, bo chcieliśmy dobrze wypaść. Pogadaliśmy dopiero na afterze w hotelu. O jego bitach wtedy nawet nie myślałem (śmiech).

A kiedy stwierdziłeś, że to odpowiedni moment, by uderzyć o współpracę?

Minęło dużo czasu, i to też nie było do końca tak, że „uderzyłem o współpracę”. W trakcie – i po trasie – „HAOS” jeździłem co jakiś czas do Ostrego na chatę, by po prostu spędzić z nim wolny czas, którego miałem wtedy sporo. Nie miałem wewnętrznej potrzeby robienia płyty, więc nawet nie myślałem o takich rzeczach. Skupiałem się bardziej na pisaniu setów drum’n’bass’owych, których dużo wtedy grałem, bo dawały mi jakikolwiek hajs. Fart jednak chciał, że jakoś w połowie 2014 roku wyszła propozycja, od moich ziomów ze Słowacji, żebym zagrał z nimi na Hip Hop Kempie. Miałem mnóstwo tekstów pod elektronikę, ale odkąd rozpadł się mój macierzysty skład – Bombing Crew – nie miałem w szufladzie nic związanego stricte z hip-hopem. Tu pojawia się Adam (O.S.T.R. – red.), bo proponował mi kilka razy wcześniej, że jeśli chcę, to może mi produkować muzykę, ale ja to ciągle oddalałem, mówiąc, że jak poczuję, że to ten moment to się odezwę. Nie odezwałem się (śmiech). Podczas jednej z moich eskapad do Kalisza poprosiłem go o bity żebym mógł nagrał kawałki i wystąpić na Kempie. Jakoś nad ranem dostałem od niego z 7-8 podkładów. Trzy z nich stworzyły trzon epki. Jako ciekawostkę dodam, że na Kempie była jakaś awantura o gramofony dla DJ-a, więc mój koncert z ziomami się nie odbył. Zostałem z niedokończonymi kawałkami. No, a że jestem straszliwie uparty to stwierdziłem, że zrobię na ich podstawie płytę, i z biegiem czasu poprosiłem Adama (O.S.T.R.-a – red.) o drugą paczkę bitów.

Jak myślisz – dlaczego Ostry zdecydował się produkować dla ciebie muzykę? Wynikło to naturalnie, bo jesteście ziomkami, czy może zobaczył coś szczególnego w twoim rapie? Wiesz, nie jeden raper – szczególnie podziemny – dałbym się pociąć za choć jeden jego bit.

Nie wiem do końca jak to było. Jesteśmy ziomkami, dlatego dał mi te bity. Musiałbyś go o to spytać, to nie pytanie do mnie. Nie słyszał moich kawałków wcześniej, bo ich zbyt wiele nie było. Słyszał trochę freestyle’u i widział wiele naszych koncertów z Sugharem, które swoją drogą ponoć rozpierdalały. Adam wierzy w ludzi i dał mi szansę, którą mam nadzieję wykorzystałem w choć małym stopniu.

Z ciekawości postanowiłem przeczesać internet poszukując informacji o  „Widoku ze szczytu bloków” i…nic, pustka. Skąd pomysł, by pozbawić epki praktycznie żadnej promocji?

Podkreślam na każdym kroku, że ta płyta to moje demo. To coś, co chciałem rzucić w eter żeby… po prostu było.  Puściłem jeden klip, zrobiłem grilla i wrzuciłem materiał do internetu – na tym promocja się skończyła. Cały nakład rozszedł się w kilkanaście miesięcy, jestem zadowolony z tego wyniku. Jest to surowy, underground’owy materiał i chciałem, by taką samą drogą podróżował. Liczby nie zachwycają, ale moim zdaniem to nie o to w tym wszystkim chodzi. Chcę, by muzyka żyła własnym życiem. Sam przed wywiadem przyznałeś, że o krążku dowiedziałeś się niedawno. Właśnie tak to miało działać. Z czasem tych osób jest coraz więcej. Czuję dzięki temu jakąś tam satysfakcję. Zobacz, wywiadu udzielam dopiero po tym, jak nakład się rozszedł w całości. Jest w tym metoda, uwierz mi (śmiech).

Dość oryginalne podejście do sprawy jak na 2017 rok. Kolejny album również będziesz promował w ten sposób?

Wiesz, nic na siłę. Demo miało brzmieć jak typowy, polski nielegal z lat 2005-2009, na których się wychowałem. Nowa płyta to będzie zupełnie inna bajka, na zupełnie innych bitach, które myślę, że lepiej odnajdą się w obecnych czasach. Jeżeli „Matka Boska Pieniężna” pozwoli i wszystko pójdzie po mojej myśli, to postaram się zrobić kilka klipów i trochę zainwestować w promocję albumu. Na pewno będę unikał patronatów i wpychania logotypów w szatę graficzną, bo strasznie tego nie lubię, poza tym uważam, że jest to strasznie nieefektywne.

Na jakim etapie jest w tej chwili album?

Myślę, że przebył dopiero ćwierć drogi. Najbliższy czas powinien być dość produktywny, bo pogoda nie zachęca (śmiech). Bity są wybrane, teksty się piszą. To, co już napisałem rymuje się lepiej niż wszystko to, co kiedykolwiek nawinąłem, więc jestem dobrej myśli. Zacząłem już nagrania z Dejsonem w Sumo Sound Studio i myślę, że całość zamknę w połowie 2018 roku.

W tym roku podróżowałeś trochę po Europie. Na albumie usłyszymy muzyczne echa tych wyjazdów?

Chciałem by było tych podróży trochę więcej, ale niestety się nie udało. Byłem we Francji, w Belgii, dwa razy w Anglii i raz na Słowacji. Większość tych wycieczek była związana z trasą koncertową promującą album „Świattła”, która myślę, że wyszła nam całkiem nieźle. Każde wychylenie nosa zza drzwi domu jest inspirujące, więc myślę, że jakieś tam echa będą na pewno (śmiech).

Który koncert zapadł ci najbardziej w pamięci?

W tym roku koncerty nie były jakieś legendarne, a już na pewno jeśli porównamy je do koncertów z poprzednich lat.  Najlepszym koncertem był chyba premiera „Świattła” w Stolicy. Wszystko tam odbyło się wzorowo. Jako ciekawostkę mogę dodać, że koncert Hadesa tego dnia został przerwany przez policję. Fajne również wypadły koncerty w UK, choć, niestety, frekwencja na Wyspach nie porywała. Miło wspominam także sztukę na festiwalu „4 Brothers” na Słowacji, który zapowiadał się naprawdę kozacko, ale niestety jakiś demoniczny orkan zapędził nas z pleneru do klubu. Będę dążył do tego by pojawiać się tam coraz częściej, bo strasznie lubię czeski i słowacki klimat.

Co jest takiego wyjątkowego u naszych południowych sąsiedzi, że aż tak ujął cię panujący tam klimat?

Przede wszystkim chill i brak pośpiechu, co dla gościa wychowanego w ciągłym biegu jest mega kojące. Fajnie jest tam pojechać i po prostu zwolnić. Polecam te miejsca każdemu. Aha, no i robotę robią smażony ser z frytkami i piwo!

Kończąc. Opowiedz proszę o niecodziennym spotkaniu z Marco Polo.

Jestem w lekkim szoku, że w ogóle o tym wiesz (śmiech). Z Marco Polo ciężko było się złapać w trakcie trasy „Kartaginy”, bo np. jak jechaliśmy do Tabasko Studio, gdzie miał się pojawić to okazało się, że go nie ma, bo zwiedza akurat Polskę. Takich sytuacji było kilka. Wszystko zmieniło się pewnego czwartkowego wieczoru (śmiech). Wyglądało to mniej więcej tak: siedziałem na chacie i nagle dzwoni do mnie Sughar mówiąc, że kontaktował się z nim Ostry z pytaniem, czy nie zajmiemy się Marco Polo w Warszawie. Kanadyjski producent pomylił termin lotu powrotnego i został o kilka dni dłużej. Nasza odpowiedź była oczywista. Z godzinę później byliśmy już w składzie: Sughar, Kocur, no i ja. Jechaliśmy do hotelu, by go odebrać. Marco chciał iść na jakąś hip-hopową imprezę w Warszawie, ale był jeden problem – był czwartek i nic się nie działo. W centrum było pusto, a jedyną miejscówką, gdzie coś się działo była Harenda. Pojechaliśmy tam, poszedłem na zwiady, a w środku były z trzy osoby (śmiech). Poczułem wtedy taki wstyd, że ciężko to opisać. Nie miało to sensu, więc powoziliśmy się trochę po Starym Mieście. Pamiętam, że sępiłem od Marco Polo Newporty (śmiech). Wylądowaliśmy w niezawodnej miejscówce – u Romana przy dawnym 1500m2. Marco zjadł pierogi i postawił nam  kilka miar czystej polskiej wódki. Tyle tej historii. Nic spektakularnego. Gdzieś na fanpage’u mam pamiątkową zdjęcie, którą cyknęliśmy pod hotelem, jak go odstawiliśmy.


Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*



%d bloggers like this: