Wywiad: Syny

Wywiad: Syny

Poniżej zapis rozmowy z duetem Syny. Zapraszam serdecznie.

Pierwsze pytanie nie należy do najtrudniejszych. Od premiery krążka „Orient” mija już trochę czasu, jak z perspektywy tych miesięcy oceniacie odbiór Waszej produkcji?

Nie zajmujemy się takimi rzeczami, odbiór w mediach to jedno a i tak ostatecznie każdy słuchacz bada to po swojemu. Po wielu zagranych koncertach mogę stwierdzić, że bazę fanów mamy wierną, momentami fanatyczną, nie jest to grono na skalę komercyjną, ale zdecydowanie jest dla kogo wyjść na scenę. Zrobiliśmy solidne gówno dla kumatych, świadomych słuchaczy, taką rzecz, którą sami byśmy chętnie odpalili.

Zdecydowanie miałem na myśli odbiór wśród słuchaczy, nie recenzentów. Kumaty, świadomy słuchacz, czyli jaki?

No taki co się jara muzyką, orientuje się. Jest dużo smaczków do wyłapania na płycie i dużo osób to kuma.

Wiem, że nie macie wpływu na to, kto sięgnie po Waszą muzykę, ale to jest tak, że Wy chcecie trafiać tylko i wyłącznie do kumatego towarzystwa? Bądź co bądź płyta w odbiorze nie należy do najłatwiejszych, więc Ci, nazwijmy ich „niekumaci”, już na starcie odpadają.

Nie zastanawiamy się kompletnie nad targetem, w ogóle nas to nie interesuje – wypuszczasz wypracowane gówno i ludzie mają tego słuchać, kto to będzie i w jaki sposób będzie tego słuchał to już jego sprawa. Na nasz koncert we Wrocławiu wpadł facet z na oko 10 letnim synem, nie widzę w tym problemu, jeśli rodzic jest kumaty i odpowiedzialny, wytłumaczy mu o co chodzi, że ogólnie przeklinanie jest złe, ale jest to też forma wyrażania emocji i te Syny robią to dobrze, a przy tym opowiadają ciekawe rzeczy. Wiadomo, że cieszysz się jak odbiorca jest kumaty i porozmawia z Tobą po koncercie, ale nie przeszkadza mi również tymczasowy, przypadkowy słuchacz. Może nagraliśmy trudną płytę, ale z drugiej strony jest to jedna z najłatwiejszych płyt jakie przyszło nam w ogóle nagrać, trafiamy już do – jak na nasz grunt – sporego grona odbiorców, tak jak mówiłem wcześniej – jest dla kogo grać i to się liczy. Na pewno nie będę kombinował jak trafić do szerszego grona, raczej spełniamy rolę edukatorów i cierpliwie krok po kroku ściągamy ludzi pod nasze ognisko, trzymamy się swojej drogi.

A jeśli chodzi o koncerty – bierzecie wszystkie oferty jakie Wam dają, czy jesteście w tej kwestii wymagającymi osobami i nie gracie wszędzie? Swoją drogą – dość często występujecie na zagranicznych imprezach, skąd takie zapotrzebowanie na Was poza granicami naszego kraju?

Nie bierzemy wszystkiego w ciemno, stawiamy twardo warunki i rzadko idziemy na kompromisy, choć wydaje mi się, że wszędzie zrobilibyśmy swoją robotę. Grunt to dobry soundsystem, bez tego jest lipa, nie ma takiej energii, a niestety nie wszędzie w Polsce dba się o ten aspekt. Często klub wygląda zajebiście a brzmi chujowo, wtedy akustyk ma najgorszy dzień w swojej karierze (krążą już takie legendy), dbamy o detale, mało kto dba o detale, a to robi różnice. Często małe kameralne kluby, takie jak np. LAS w Poznaniu, chyba nasze ulubione miejsce – sprawdzają się lepiej niż duże nadmuchane placówki. Lubię miejsca z sercem, klimatem, ale nie stworzonym designerskim meblem, tylko ekipą, zaangażowaniem. Może wpadnie tam mniej ludzi, ale czujesz że robisz coś ważnego nie tylko dla siebie, ale i dla miejsca, które tego potrzebuje. A za granicą… mamy trochę utarte szlaki z poprzednich projektów, głównie Czechy, gdzie Robert jest w zasadzie rozpoznawalną osobą w pewnych kręgach. Trochę gramy u zachodnich sąsiadów i odbiór jest super, może nie kumają tekstów, ale łapią nasze flow i wchodzą w to po uszy, orientują się na swój sposób.

Dlatego, że stawiacie takie a nie inne warunki, nie słyszymy Was na rodzimych hip-hopowych festiwalach, czy nawet na Hip-Hop Kempie? A może z takich miejsc propozycji nie otrzymaliście?

Typowe hiphopowe festiwale się do nas nie odzywają, rok temu „Hip hop kemp” wystawił nas na liście do głosowania, więc oczywiste, że publika wybrała głośniejsze nazwiska, więc nie wiem po co to było. Raz Webber zaproponował nam granie na festiwalu w Szczecinie, ale mieliśmy zajęty termin. Nie jest to wina warunków, tylko braku zainteresowania, w polskim środowisku hiphopowym ciężko o miejsce dla nas, idzie się na łatwiznę wciskając wszędzie gwiazdy i wyhajpowane nazwiska, nie podejmuje się ryzyka. Jestem pewien, że gdybyśmy zagrali na większym festiwalu wywołalibyśmy niemałą konsternację, ale chyba w pozytywnym sensie, bo wiem jak wiele osób przekonało się do nas dopiero po koncertach.

A to nie jest przypadkiem tak, że Wy wręcz odcinacie się od rodzimej sceny hip-hopowej, między innymi dlatego, że jest na niej sporo konformizmu? Wiecie, rynek zaczyna decydować o ruchach poszczególnych raperów, a nikt nie chcę się z tym rynkiem zmierzyć. Patrząc na Was z boku, mam wrażenie, że akurat Wy trochę się z tym rynkiem jednak mierzycie.

Od niczego się nie odcinamy, ani nie staramy się w tym być jakoś na siłę. Robiąc taką płytę jak „Orient”, nawet nie myślisz o rynku, o odbiorcach, o scenie hiphopowej czy jakiejkolwiek innej. Nie ma to dla nas znaczenia, to są tematy, których nie dotykamy, raczej wyczekujemy naturalnych kolei rzeczy. Wiadomo, jak wydajesz płytę, później starasz się ja sprzedać, ja jako m.in. wydawca tej płyty mam obowiązek tego dopilnować. Płytę wydaliśmy za pożyczony hajs, byliśmy pewni, że się zwróci, na promocję wydaliśmy kwotę bliską zeru, poszło kilka maili, egzemplarzy promocyjnych, a reszta roboty zrobiła się sama, nasza płyta trafiła do szerszego grona dzięki poczcie pantoflowej, ten progres był zauważalny gołym okiem i to mnie bardzo cieszy, nie musiałem nic robić na siłę, słuchacze sami nas znaleźli. Jeśli więc mierzymy się z jakimś rynkiem, to robimy to nieświadomie, możesz to tak nazwać, ale dla mnie to obojętne, wolałbym rozmawiać o muzyce.

Spoko, porozmawiajmy zatem o niej. Ale by nie odlecieć zbyt daleko, pogadajmy o polskiej scenie. Co miała w sobie płyta Żyta, ta z 2012 roku, że tak bardzo do Was trafiła? Zresztą, w superlatywach wyrażaliście się też bodaj o pierwszym krążku Oskara i Dj’a Steeza.

Żyto mimo dość klasycznego podejścia wydał mi się paradoksalnie świeży. Bez przekombinowania wykazał się błyskotliwością w tekstach i trochę takim fajnym naiwniactwem. Ta płyta brzmi jak klasyk, po prostu jest dobra. Problem świetnie prowadzi narracje i mimo, że wiele bitów jest nie w moim guście, to razem wszystko pasuje, robi film, a to dla mnie ważne, żeby muzyka dostarczała obraz.

Wiem, że byliście o to już pytani, ale co tam. Gdy ktoś Wam zarzuca, że Wasze teksty są nieprzekombinowane albo wręcz prostackie, co odpowiadacie takim ludziom?

Chyba nikt nam nie zadał takiego pytania. Prostackie są, a nieprzekombinowane to chyba bardziej zaleta niż wada, zresztą zarzut, że są prostackie też, nie lubię grafomanii. Jest prosto i w punkt, a kto ma więcej wyobraźni, ten w każdym tekście dostrzeże ze trzy, cztery poziomy głębokości. Niektóre zagrania Roberta mocno działają na podświadomość, jest pełno orientów na Oriencie, trzeba się orientować, o tym jest mniej więcej numer Orient: „nie orientujesz się nic, myślisz, że szampon chowam do kieszeni, ej rosman zmylił cię dres, nie ma jumy jest muka, teraz kurwa wiesz”, to może być np. analogią do ludzi, o których mówisz, ale to tylko moja interpretacja, nie wiem czy Robert miał to na myśli, nie pytałem go.

Gdy w 2016 roku słuchacie kawałków chociażby Wyp3, szukacie w ich tekstach drugiego/trzeciego dna? Czy raczej wszystko co mieliście odkryć, odkryliście już dawno.

Słuchało się tego za dzieciaka, więc teraz chłonie się to trochę inaczej, wiele rzeczy odbiera się w inny sposób. Oczywiście, że słuchając rozkminia się teksty, to czy szukasz 2 czy 3 dna zależy od muzyki. Nie każdy tekst na to pozwala, hip-hop zawsze był dosłowny, natomiast ja nigdy nie miałem problemu z dorobieniem sobie otoczki do tego co słucham, mam bujną wyobraźnię i lubię wczuć się w klimat. Jak coś nie ma klimatu to ciężko o inne dno. Klimat, sposób rymowania, bity – często to wszystko tworzy dodatkowe historie, nie tylko sam tekst.

Wszyscy już wiemy, że „Orient” pojawi się na wosku. W dystrybucji krążka pomaga wytwórnia Asfalt Records. Jak doszło do tej kooperacji?

Jako mały niszowy label (Latarnia) nie jesteśmy w stanie wyłożyć kasy na dość kosztowny w produkcji winyl, zwróciłem się więc z prośbą do Tytusa, który po 5 minutach odpisał mi po prostu „jasne!”, nie znamy się osobiście, ale znał nasz projekt i najwyraźniej szanuje ten materiał. Wiedziałem, że jest otwarty na oryginalne rzeczy, więc nie zwracałem się do byle kogo. Jestem bardzo wdzięczny za pomoc, nakład jest limitowany – 350szt. W preorderze już sporo poszło, więc mam nadzieję, że ryzyko się opłaciło. Oficjalnie wydawcą jest Latarnia, ale cały wkład finansowy i pomoc w dystrybucji należy do Asfalt Records. Niewielką ilość zabieramy ze sobą na koncerty, więc jeśli nie będziecie mieli okazji – zapraszamy do Asfalt Shopu.

Podobno w przygotowaniu jest jeszcze jeden Wasz wosk…

Instrumentale, ale chcemy to zrobić jako odrębny album, trochę inaczej niż klasyczna instrumentalna płyta. Musimy się najpierw do tego zabrać, musimy to pogodzić z pracą nad innymi rzeczami jak np. moje solo czy nowa płyta Synów. Nie spieszy nam się.

Właśnie chciałem o to zapytać – na jakim etapie jest praca nad Waszym kolejnym, wspólnym krążkiem?

Myślę, że już w tym roku nie zdążymy, nie spieszy nam się, to się musi po części samo zrobić, tak jak było z „Orientem”. Ja już naprodukowałem dużo muzyki, pewnie będzie to ewoluować jak dojdą teksty, dużo pomysłów rodzi się w trasach.

Poza Piernikowskim i 1988, kogoś na tej płycie usłyszymy? Czy raczej zbyt wcześnie, by o tym mówić?

Za wcześnie, zresztą w ogóle nie myślimy w tych kategoriach, będzie „synowsko”, cokolwiek i ktokolwiek pojawi się na nagraniach.

A Twoja solowa płyta też będzie „synowska”?

„Synowska” jak wszystko co robimy, przyzwyczailiśmy się do określenia, że coś jest synowskie, dobre jest to, że ludzie już tym operują, np. Ty. Solo się klaruje, mam dobry miks, kolaż w bani, w którym mogę grzebać bez końca. Ciężko coś teraz powiedzieć, bo wszystko się zmienia na etapie produkcji, nawet na etapie finalizacji mogę podjąć jakiś radykalny krok, który wszystko zmieni. Na pewno nie podchodzę do produkcji szablonowo, dużo rzeczy nagrywam na przysłowiową pałę, sampluję sam siebie, w zasadzie ostatnio działam tylko na syntezatorach i samplerze, komputera praktycznie nie używam, staram się wykorzystywać na maksa wszystkie narzędzia zewnętrzne jakimi dysponuję, to jest zajebiste ograniczenie. Nie lubię typowo abletonowej muzy, więc w aranżach u mnie jest bardzo klasyczne podejście, z nowinkami technicznymi nie jesteśmy na ty. Niby muzyka współczesna, a jednak te klasyczne podejście do samplera, które u mnie góruje tworzy niespodziewane efekty. Lubię prostotę, nagrać i chuj. Klimat synowski będzie wyczuwalny, ale nie będzie to typowo hiphopowa płyta dla odbiorcy, choć dla mnie jak najbardziej – wszystko co robię jest zakażone rapem.

 

1 Komentarz on Wywiad: Syny

  1. SYNY SKURWYSYNY, dawajcie nową płytę, orient na cd mam zakupiony i uważam to za najlepsze polskie nagranie 2015. Piona!

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*



%d bloggers like this: